bo porzucony >> piątek, 11 września 2009 15:04:52
dodam niebawem coś dłuższego.
komentarze [0]

>> piątek, 26 września 2008 02:03:32
bo porzucony
komentarze [0]

tradycyjnie >> środa, 21 maja 2008 13:41:46
tradycyjnie - bo porzucony, I tradycyjnie - wrócę.
Heh... sama przestaję w to wierzyć. To nie jest tak, ze w moim zyciu nic się nie dzieje i nie mam o czym pisać. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, że w moim zyciu dzieje się tak dużo, że... nie mam jak tego opisać. nie chcę tego opisywac. nie chcę tego pamiętać.
Bo nie dzieje się za dobrze.
Ale nie martwcie się, moje kochane Robaczki, naczelna optymistka tego kraju nigdy nie daje za wygraną. Bedzie dobrze. Musi być.

Damy radę.

Bo jak nie my, to kto...?

- Jak nie my, to ci stojący za nami!
komentarze [0]

Generalnie rzecz biorąc... >> niedziela, 2 marca 2008 01:43:07
Ja to mam takie zrywy od czasu do czasu, co? Niesamowite, jak ten czas szybko leci, a jak te moje palce czasem rwą sie do klawiatury...
Kiedy ostatni raz tutaj byłam? Ahoj to wie. Chyba dawno. Nie wiem, nie mam ochoty zerkać na daty, przygnębiają mnie cyfry.

Witajcie, moje kochane Robaczki! Ktoś to w ogóle jeszcze czyta? Heh, no generalnie byłoby trudno, w końcu blog został niby "porzucony".
Nie porzuciłam. Odstawiłam na jakiś czas, ale nie porzuciłam. Za dużo serca włożyłam, pisząc tutaj, żeby móc ot tak sobie odejść, ot tak porzucić wszystko, co z siebie wydobyłam...
Oj, tak, wiem, w większości były to bzdury.
Ale wiecie co? Sentymentalna ze mnie bestia. Naprawdę, nie kłamię. Wiem, że z pozoru jestem raczej twardą dziewoją, która nie cierpi romantyzmu i tym podobnych bzdur, ale jednak... czasem wychodzi ze mnie prawdziwe dziewczę.
Bo jak to wytrwale powtarza mi przyjaciółka - Oliwia! Pamiętaj! Nie jesteś Pływakiem! Nie jesteś facetem! Jesteś KOBIETĄ!
Ano jestem! Tak przyznaję sie do tego, chociaż z trudem, bo kobiety mają raczej gorzej w życiu. I bynajmniej nie chodzi mi tutaj o kwestie biologiczne.
Wiecie co? Generalnie jakoś dobrze mi sie ułożyło. O sprawach sercowych pisać nie będę, bo to jest kwestia w której radzić sobie nie potrafię i po prostu wolę o niej nie myśleć.
Ale w innych dziedzinach życia jest spoko. Praca jest, studia są, sesja zaliczona, życie towarzyskie się rozwija...
Żyć, nie umierać!
Cholera! Chciałam strzelić zabawną notkę, aby popisać się moim ciętym językiem i ostrym dowcipem, a tutaj wszystko, co przychodzi mi na myśl, to jakieś melancholijne bzdury! Protestuję! Nie mogę wciąż pisać o raczej smutnawych sprawach, bo jeszcze ktoś mnie oskarży o bycie EMO, a wtedy to już będzie gruba przesada.
Pocisk gorszy od tego, co usłyszałam ostatnio - Ty, małolata, ciebie to do Frantika nie wpuszczają!
Otóż oświadczam wszem i wobec - WPUSZCZAJĄ. Wchodzę do Frania bez większych problemów, w przeciwieństwie do NIEKTÓRYCH.
Studia są fajne. Zielona karta - i Kraków nocą jest dla ciebie otwarty.
Arghhh, nie mogę pisać dowcipnie, mam wewnętrzną blokadę! Massakra, panowie. I panie.
W takim razie chyba zakończę tę pisaninę, ale z pewnością wrócę. Za dzień, tydzień, miesiąc czy rok - tego nie wiem.

Ale ja jestem jak pleśń - zawsze wracam.
komentarze [1]

dlaczego? >> sobota, 3 listopada 2007 00:57:58
Wiecie, jakie są trzy najgorsze słowa na świecie?
Kiedyś, nigdy i zawsze.
A wiecie, dlaczego?
Bo są tak fałszywe, jak tylko jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.
Łatwo je powiedzieć, bo są niekonkretne, nieosadzone w czasie.
I tylko ranią.

Tak, wróciłam. Zastanawia mnie tylko, dlaczego zawsze uciekam w pisanie, kiedy w moim życiu dzieją się różne ciekawe i mniej ciekawe sprawy. Pisanie to tak jakby odskocznia. Jak byłam mała niewinnymi oczętami spojrzałam na matkę i powiedziałam:
"Mamo, ja mogę wszystko, bo przecież tworzę rzeczywistość".
Do tej pory sie tego trzymam. Mogę wszystko, bo poprzez swoje pisanie tworzę to, co mnie otacza. Patrząc na sprawę rzeczowo - nie uda mi się z facetem, więc siadam przed kompem i piszę opowiadanie o miłości. Moje życie jest nudne - siadam przed kompem i stwarzam sobie szereg emocjonujących przygód.
To przecież nie jest złe, prawda? Uciekać w świat wyobraźni. Ale czy to można nazwać ucieczką?
Ja po prostu... tworzę.
Mogę naprawić świat, mają w reku jedynie kartkę i długopis.
Albo klawiaturę i monitor, jak kto woli.

Żałuję tylko, że tak naprawdę to nie jest takie łatwe. Że nie wystarczy siąść, napisać, i wszystkie problemy odlecą.

Widzicie, staram się być wierna zasadom. Staram się być wierna mojemu Honorowi, bo tak właściwie z czystych zalet tylko on mi pozostał.
I mam takie dziwne wrażenie, że jak go zdradzę, to sie stoczę w dół.
Ja muszę mieć coś, w co będę wierzyć. Wiara trzyma przy życiu, naprawdę. Nieważne, w co sie wierzy, czy w Boga, czy w kosmitów. Ale wiara trzyma przy życiu, bo bezpośrednim następstwem wiary jest nadzieja.

Wiem, ze niewiele z tego jest zrozumiałe, ale dla mnie ważne to, ze jak w końcu wywlekę z siebie pewne uczucia i spojrzę na nie z dystansu, to może lepiej sobą pokieruję.

Dziś krótko. Dziękuję, moi kochani, za uwagę. Cieszcie się, póki możecie.
I pamiętajcie:

Jeżeli skakać - to tylko ze szczytu.
komentarze [2]

Puk Puk...? Jest tam Kto...? >> poniedziałek, 5 marca 2007 19:13:24


Witam serdecznie, szanowni państwo! Ladies and Gentelmans!
Znowu piszę. Na pewno serca wasze radują się i podskakują jak najwyżej w tych umęczonych klatkach piersiowych. Tak, tak, wasza ulubiona Pseudo Pisareczka, która cierpi na przerost ego, znów usiadła za klawiaturą i wczepiła w nie swe żądne literek palce.
W tle idą mi przeboje lat sześćdziesiątych. Polskie przeboje. Nie bądź taki szybki Bill i tak dalej...
Cudowne. Moja mama chyba wpadła w nader nostalgiczny nastrój i usiłuje sobie przypomnieć lata młodości.
Bardzo wczesne muszą to być lata, zważywszy, że urodziła się w '66 roku.
Jestem w trakcie tworzenia. Tworzę kilka rzeczy na raz. Odezwała się we mnie dzika pasja, dzika pasja pisania, muszę pisać, muszę, muszę, muszę! Moje palce ciągle miętoszą ołówek lub długopis, wzglednie klawiaturę. Piszę wszędzie, w autobusie, przy żniadaniu, w łóżku, w wannie, w szkole, w szkole muzycznej, wszędzie. Potrafię wstać w środku nocy i nagle zacząć pisać.
Moja przyjaciółka porównała mnie do Vivaldiego, który potrafił przerwać odprawianie mszy i wyjsś z kościoła, żeby zapisać jakąś muzykę. Nie powiem, to porównanie bardzo mnie podbudowało, chociaż oczywiście nie dorównuję Vivaldiemu ogromem talentu...
Ale niewątpliwie pisać potrafię. Alleluja. Alleluja, że cokolwiek potrafię. Może jednak nie zdechnę z głodu w przyszłości i nie wyląduje pod mostem spiewając nostalgiczne piesni o tym, jak to drzewiej pieknie bywało.
Tak więc pracuje - piszę, a raczej usprawniam scenariusz, bo to, co jest teraz, to kicha straszna. Piszę dodatkowo opowiadanie tolkienowskie. A ponadto walczę z ksiażką, żeby w końcu doprowadzić ją do porzadku, przepisać i wysłać do tego przeklętego wydawcy.
A to wszystko muszę zrobić, zanim skończę 18 lat. Zanim stanę się dorosła, muszę wysłać moją pierwszą książkę!
Plany dość odważne. Zważywszy, iż zostały mi trzy miesiące... węszę porażkę. Czy w ogóle ktoś będzie chciał to wydać?
Módlmy sie, bracia i siostry.
Drodzy czytelnicy, na pewno juz troszeczkę znudził was ten lament niemalże świętokrzyski. Wszystkie moje notki na tymże blogu są tak strasznie egocentryczne. Z jednej strony wstyd i hańba, powinnam nauczyć się nieco skromności, w końcu nie cały świat kręci sie wokół mnie.
Tylko połowa.
Ale z drugiej strony... blog jest mój, teksty moje, życie moje, uczucia moje... to o kim ma być, o Zbigniewie Wodeckim?
Dobrze, przesadziłam z tym ciągłym: Moje, Moje!
Dobrze, że nie zaczęłam pisać - Mam Prawo! Wolno Mi!
To straszne słowa, zwłaszcza, gdy wypowiada je ktoś, komu chcemy przetłumaczyć pare ciężkich prawd do zakutego łba.
Moja matka nawet juz przestała tłumić we mnie inwencję twórczą. Co dziwne, nawet nie czepiała się za bardzo. Spodziewałam się krzyków, żalów, wyrzutów... czegokolwiek. A nie takiej spokojnej aprobaty.
Czyżby ona uważała że mam talent? I może jeszcze mam zostać jedynym żywicielem rodziny?
Nigdy w zyciu.
Chciałam wam dzisiaj napisać coś dłuższego, ale niestety, nie da rady. Zrzucają mnie. Niecnie, podstępem, potwornie. Dlaczego ja nie mogę mieć komputera we własnym pokoju? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Czy to tak wiele? Panie Boże, czy to tak trudno zrzucić z tego Nieba jeden monitor, jeden komputer, klawiaturę, myszkę i kabel z Internetem?
Ja nie wymagam wiele, naprawdę. Staram się być samowystarczalna, ale nie mam antenki we łbie i nie łapie bezprzewodowego, chociaż ponoć w Krakowskiej takowy istnieje...

Napisze niedługo, bo ta notka bardzo jest ułomna. Obiecuję. Nie zniechęcajcie się do mnie, kochani, nie spłyciłam się jeszcze.

H: Żołnierze posuwają się...
W: O, widzę, że przeszkadzam...
H: Żołnierze posuwaja sie na zachód. To niesmaczne żarty.
W: Ale jakże fascynujace.


komentarze [3]

I znów...? >> niedziela, 11 lutego 2007 20:54:04

Tego ja właśnie słucham. Wy tez możecie.




Witajcie, moi kochani.

Nadszedł czas, na który wielu czekało, a który równie wielu ma głeboko gdzieś, mianowicie znowu postanowiłam sie uzewnętrznić. Cóz rzec mogę... Piszę. Nie mogę żyć bez pisania. Nie potrafię ukazywać swoich uczuć w żaden inny sposób. Mogę siedzieć i uparcie milczeć, wpatrując się jak debil w podłogę, ale jeśli ktoś wepchnie pióro do mojej ręki, może mieć pewność, że zaleję go potokiem słów nigdy nie wypowiedzianych.
Słowa nigdy nie wypowiedziane. Razem, czy osobno?
Jakie? Niewypowiedziane. Przymiotnik wskazuje na razem. Ale...
Nie wypowiedziane, lecz napisane. Jesli dorzucimy tę nieistniejącą, drugą część zdania, wyjdzie nam, że jednak osobno.
Więc niech będą słowa nigdy nie wypowiedziane.
Jest melancholijnie. Jest romantycznie. Tracę swoją zadziorność, tracę swoje humory, tracę swoją bezczelność.
Przez jedną osobę. Przez Nena robię się milsza, robię się spokojniejsza, robię się słodsza.
Cholera. Naprawdę...?
Naprawdę jeden człowiek jest w stanie tak bardzo wpłynąć na czyjeś życie...?
Nie będę tutaj wypisywać całej historii. Nie będę mówić, że byłam głupia, bo każdy to wie, a kto nie wie, to niech się domyśli. Nie będę pisać, że żałuję i że za każdym razem, kiedy przypomnę sobie, co zrobiłam, mam ochotę pokiereszować tę swoją podobnoż ładną, narcystyczną twarzyczkę. Nakopać sobie do tyłka i patrzeć, czy równo puchnie.
Ale, mimo wszystko, to już minęło.
On jest. Mimo wszystko jest.
Nie lubię się aż tak uzewnętrzniać. Słucham właśnie muzyki z The Last Samurai (macie powyżej, nauczyłam się dawać muzykę na bloga) i dochodzę do wniosku, że nic tak dobrze jak muzyka nie potrafi mnie obedrzeć z zewnętrznej powłoki, która skrywa wrażliwe wnętrze. Wiecie, ja jestem jak orzech.
Kto chce być moim dziadkiem?
Coby było zabawniej, nadmienić pragnę, iż znalazłam dzisiaj obuwie godne mojej kajaczej stopy. Oj tak, moi drodzy Czytelnicy, znaleźć ładnego buta, szpilkę, czarną, skórzaną i w miarę tanią o rozmiarze 41 to jest sztuka niemalże cyrkowa.
Ja jej dokonałam, idąc dzisiaj na zakupy w stanie godnym pożałowania, z matką i babcią na karku, wyglądając jak 48 nieszczęść i 57 smutków. Oczywiście, jak to zwykle bywa, napotkałam znajomka. Kasiu S. niech dzięki ci będą za przyznanie sie do mnie biednej.
Zepsułam suszarkę do włosów. Jakby tego było mało, pare dni temu zepsułam mikser (i muszę dipa robić ręcznie, bo żyć bez niego nie mogę). Co ja mam w tych łapskach, że czegokolwiek się nie tknę, od razu musi być zepsute?
I mówię to zarówno metaforycznie jak i dosłownie.
W moich rekach tkwi siła destrukcyjna. Ech, drżyjcie, państwa i miasta tego świata, nadchodzę.
Może ja jestem jakimś super hiper duper menem, hm? A raczej Womenem.
Jak to dzisiaj matka stiwerdziła, patrząc na swoje tłuste włosy, ona jest StrąkWoman.
Mój Boże, czy idiotyzm to w mojej rodzinie rzecz wrodzona? Czy my wszyscy to banda kretynów, śmiejących się głupio z prymitywnych dowcipów?
Podobno faceci wolą proste włosy a nie kręcone. Dziwne. Czy to dlatego, że proste są mniej niesforne i nie plączą się wszędzie jak moja dzika burza niegodna nazwania włosami?
Byłam na studniówce dnia paśskiego ósmego lutego. Na studniówce wylęgarni kujonów, która to wydała na świat mojego wujka. Czyli innymi słowy, na studniówce V LO.
No cóż, spodziewałam sie raczej dretwoty i drewniaków, nie świetnej zabawy.
Po raz kolejny muszę stwierdzić z żalem, że moje zdolności przewidywania umykają z wiekiem. Wyobrażacie to sobie? Za niecałe cztery miesiące bedę już stara. Będę pełnoletnie. Będę mogła... wszystko. Chyba.
Będę mogła np. pojechać do Rzeszowa, i już nikt nie bedzie miał wymówki, ze jest śnieg.
Tak, to była uwaga personalna.
Wiecie, powtarzam po raz kolejny, ale boję się dorosłości. Cholera, boję się, że to wszystko nagle na mnie spadnie. Chcę wyprowadzić się z domu a równoczesnie się tego boję. Że sobie nie poradzę.
Tchórzostwo to najgorsza wada człowieka.
Z czego to było? Taki cytat, że tchórzostwo nie jest jedną z najgorszych wad człowieka, a najgorszą...
Miś i Małgorzata?
Tak czy inaczej jest prawdziwy.
Tak z ogłoszeń duszpasterskich. Teraz, bo zapomnę. Po raz, przeklęte Dzieciaki Robaki moje, macie włazić TUTAJ!!! i przeczytać. Ja się męczę, tworzę historię, która oryginalna nie jest, ale wykonanie dobre, fantastyka, świat Tolkiena, więc wy macie tam wejść i skomentować.
Albo chociaż przeczytac.
Ja wiem, że teraz robię komerchę, ale cóż, przycisnęło mnie, bo moja literacka próżność nie pozwala przymrużyć oczu na tak rażącą ignorancję. No błagam, przecież ktoś musi mi powiedzieć, czy nadaję się na pisarkę. Oczywiście nadmieniam, że poważne to dzieło nie jest, zaledwie małe ćwiczonko przed moją, mam nadzieję, literacką przyszłością.
Tak czy inaczej, włazić tam. Bo poszczuję moim jamnikiem, a kto go poznał, musi wiedzieć, że to krwiożercza bestyja.
Jeszcze o czymś miałam pisać. Tak, o Kjosiu i jej cudownym głosie o drugiej nad ranem. Uwielbiam dzwonić w środku nocy do ludzi.
Nie wspomne tutaj, kto nie wie, do czego jest telefon.
Tak, to znów była uwaga personalna do tej samej persony.
A nie, przepraszam. Ostatnio odebrał. Zwracam honor, Nen. Moze tobie trzeba na co dzień sześćdziesięciokilowej zbroi. Cholera wie, jak to na ciebie wpływa, ale odebrałeś.
Co prawda ja wtedy wpieprzałam kalmary i krewetki, mając nad uchem moją przyjaciółkę, która z obrzydzeniem wpatrywała się w te ostatnie i krzyczała : O Łeee! To ma Ogon! (z akcentami na ŁE i OGON).
Krewetki sa pyszne, nie wierzcie jej. Kalmary trochę mniej, takie gumiaste. Ale da się zjesć.
Po czym obydwie i tak rzuciłyśmy się na frytki jak dzikie dzieci buszu, lub młodzież wychowana na McSyfie. A tak w ogóle to moja babcia stwierdziła, że schudły mi łydki. Waga tego nie wskazuje, ale będę łatwowierna i uwierzę.
Coś mnie ostatnio wzięło na wykwintne żarcie. Ale na sushi się nie zdecyduję. Matka usiłuje mnie zaciągnąć, jednak ja się twardo trzymam. Surowe ryby to nie dla mnie, chociaż z reguły zjem wszystko, co woda wydała.
No, oprócz ostryg.
Chociaż teraz, jak naoglądałam się Kuchnia TV, to juz nic mnie nie zdziwi. Ostatnio pokazywali zupę z muszelek. Nie z zawartości, ale z muszelek, twardych skorupek. Bóg jeden wie, kto to wymyślił, ale podobno pyszne.
Tak, dla neandertalczyka surowa noga jelenia była wiktuałem nie do podrobienia.
Pieprzę bez sensu, nie? Taki nawał myśli, natłok tych głupich, mniej tych mądrych. Jak się przemieszają, wychodzi mętlik. Bzdurny chaos. Mam nadzieję, że wyłapiecie to, co ważne, a z reszty sie pośmiejecie.
Bo ja to piszę dla was. Żeby wam poprawić humory, żebyście mogli siedzieć przed monitorami z usmiechniętymi pysiami, żeby świat wydał wam się kolorowy, mimo iż jest niedziela wieczór i jutro czeka nas ulubiony dzień tygodnia ludzi pracujących i uczniów, mianowicie poniedziałek.
A ja będę oryginalna. Lubię poniedziałki. Lubię, bo w poniedziałek mam WOS, bo w poniedziałek znowu zobaczę mojego ukochanego pana W. do którego żywię namiętność oczywiście czysto naukową.
Co nie zmienia faktu, że ten człowiek jest genialnym nauczycielem. Cudny. Wspaniały.
Ach, odę do niego napisze, jak będe mieć wenę. Kto wie, ostatnio napisałam sztukę, może i ode mi się uda.
Ach, ośmiosylabiczne wersy rymowane, jestem z siebie dumna.
Kończę. Kochani. Pamiętajcie. Wchodzimy
TUTAJ!!!


- Więc jak... Odlećmy stąd i żyjmy wiecznie...?
- Nie. Zostańmy tutaj i bądźmy szczęśliwi,


Będzie dobrze, Nen. Prawda...?
Musi być.

komentarze [4]

I znów słowa. >> piątek, 19 stycznia 2007 13:34:27
Własnie przeklęty Mylog skasował mi notke, którą miałam prawie na ukończeniu.
Zaraz mnie szlag trafi i wybije wszystkich, co do jednego. O patrzcie, już chwytam kałacha.
AAARGH!!!!!
Musze się wyżyć.
A była piekna. Choć trochę melancholijna i mało zabawna. Tak, przyzwyczailiście się, moi kochani Cyztelnicy, do tego, ze z moich notek humor tryska jak krew z przeciętej tetnicy. A dzisiaj lipa.
Tematem przewodnim notki było hasło: Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wielką rolę w waszym życiu pełni prypadek?
Na temat główny zdania były dwa. To pytanie i stwierdzenie, ze ja tak.
A potem, przez tę piekną, przeklęta muzyke, której właśnie słucham i nie wiem, co to jest, wzięło mnie na smutne, rozpaczliwie zwierzenia pełne nadziei i marzeń.
Muzyka... cholera, znalazłam ją na pewnym ciekawym blogu... Cały czas teraz na tym blogu siedzę przez te muzykę. Adres - www.piratka-valerine.mylog.pl
Blog siedzi w tematyce Piratów z Karaibów i bedzie tam opowiadanie o tym. Srednio lubię te rzeczy, mam tlyko jedno takie opowiadanie, które czytam z zapartym tchem (Anastazjo! Dodaj kolejną część!). Ale muzyka cudna. To jakiś soundtrack, tytuł "My name is Lincoln".
Zastanawiajcie się teraz, moi drodzy, czy choci o starego, dobrego Abrahama, czy o samochód?
Sa jeszcze jakies Lincolny na tym świecie?
Widzicie, moi drodzy. przez tę piękna muzykę nachodzi mnie chęć do rzucenia tego wszystkeigo w diabły. Ja marzę, marzę, zawsze marzyłam o dokonaniu Czegoś! Przez duże "C" i z wielkim wykrzyknikiem na końcu. Zawsze chciałam coś odkryć, a teraz niestety, już wszystko jest odkryte. Nawet to moje cudowne, upragnione, niedostępne Czogori, piękne K2 w zimie zostało już zdobyte. Co teraz będzie wyznacznikiem niedostepnosci?
Kiedy Czogori było jeszcze niezdobyte, miałam takie głupie marzenia, ze to ja je kiedyś zdobędę.
A teraz?
Nie mam już czego odkrywać.
No, zostało tego troszke, ale głównie o naturze naukowej, A jakoś nie czuję w sobie powołania do wynalezienia samochodu na wodę. Mam dziwne i bardzo nieprzyjemne przeczucie, ze do tego potrzebna jest chocby minimalna wiedza fizyczna.
Moja wiedza fizyczna ogranicza się do: Praca równa się Siła razy Przesunięcie.
Tyle na ten temat. Fizyki juz nie mam, i Bogu dzięki, mieć wiecej nie będę.
Widzicie, takie jest to moje szalone, prawie osiemnastoletnie zycie. Przeklinam czasem los, dlaczego urodziłąm się w tych głupich, wiadomych czasach. Dlaczego nie mogłam się urodzić podczas Wielkich Odkryć? Razem z Kolumbem płynąc do cholernej Ameryki, w cholernym roku panskim Anno Domini 1492.
Z drugiej strony, w tamtych czasach w moim statecznym, niemal dojrzałym wieku byłabym cnotliwą małżonką z gromadą dzieciaków.
Nie chcę, nie chcę, nie chcę mieć takiego zycia jak wszyscy, którzy mnie otaczają.
To normalne - wszystko idzie swoim torem. Szkoła, studia, praca, mąż, dzieci, wnuki, starość, wspomnienia, śmierc.
A po śmierci pamięta o mnie tylko moja rodzina. Nikt inny nie wie, ze kiedyś zyłam na świecie, chodziłam, smiałam się, płakałam, przeżywałam radoście i dramaty. Bedę tylko niewiadomym nagrobkiem, nieznanym "Olivia D. Pokój niech będzie na wieki".
Przypadkowy przechodzień na cmentarzu zerknie i pójdzie dalej.
Taki los najbardziej mnie przeraaża. To, czego się najbardziej boje, to zapomnienie.
Miałam kiedys lekcje z WOSu z praktykantem. Braliśmy wtedy o sprawiedliwości. Jednym podziałem był ten na sprawiedliwość jednostkową i zbiorową. Jednostkowa: Dobro jednostki wazniejsze od dobra ogółu. Zbiorowa: Dobro ogółu ważniejsze od dobra jednostki.
Ja, chyba jako jedyna, uważałam, i dalej uważam, ze wazniejsza jest ta zbiorowa.
Taki prosty, głupi przykład. Leci samolot pełen ludzi. Nagle awaria, jedna osoba musi wyskoczyc, aby, dajmy na to, setka przezyła.
"No, ale gdzie znajdziesz osobę która wyskoczy? Niby kto w tych czasach się poświęci?" Zapytał praktykant z wrednym usmiechem.
"Ja" odpowiedziałam. Nie uwierzył.
Chyba nikt nie wierzy, a ja naprawde bym to zrobiła. Nie wiem, czemu. Ale zrobiłabym. To byłoby naprawde "COŚ".
Potrafiłabym życie poswięcic dla chwili.
Moim największym marzeniem z lat dzieciństwa było, żeby kiedys uczyli się o mnie z książek. Jak o Piłsudskim, Koperniku, Arystotelesie, Kolumbie, nawet o cholernym Neronie czy Stalinie.
Ale co mogę zrobić, aby tak się stało?
Już chyba nic.
Jak byłam mała, mówiłam, zę będę pierwszą w Polsce Panią Prezydent.
Dalej to powtarzam. Nie Prezydentową, a Prezydent.
No, wtedy jakos zapisałabym się w kartach historii.
Ja pragne, żeby Polska była takim mocarstwem jak kilkaset lat temu, gdy byliśmy prawie od morza do morza, bylismy potężni!
Zazdrosna Rosja, cholerne Prusy i fałszywi Austriacy musieli nas rozwalić.
Teraz nikt się z nami nie liczy.
A ja jestem patriotką. Cholerną patriotką. Za kraj moge zginąć.
Ale teraz nie ma już wojen, nie ma jak walczyć, nawet jeśli jest o co.
Zresztą i tak by mnie nie przyjęli do wojska.
Dziwnie się tu zrobiło, prawda? Nie jesteście przywyczajeni do takich notek. Chcieliście jak zwykle zasiąść za komputerem i pochichotac kulturalnie wraz z kazdym moim zdaniem, ja to zwykle bywa. A ja wam zafundowałam nieco trudniejszą rozrywke.
Źle się czyta o czyichś smutkach. W każdym razie mi sie źle czyta, nie wiem, jak wam. O wiele lepiej czytać o radościach, cieszyc się, smiać, bawić, choć na chwilę zapomniec o otaczającej nas szarosci.
Wiecie, mam łzy w oczach.
Dziwne. Z reguły nie płaczę. Ale, widzicie, naszła mnie taka myśl, że jestem bezsilna wobec świata. A to cholernie boli.
Nie, nie, nie. Koniec, bo was najdzie depresja.
Nie bójcie się, ja nie jestem smutna. Nie martwcie się o mnie. Uśmiechem się teraz. Łzy w oczach, na ustach usmiech a w sercu dzika nadzieja. Przez chwile było źle ale będzie dobrze, prawda?
Prawda...?
Musze wierzyć, ze się uda. I musze napisac wam coś zabawnego, bo zaraz mnie ubijecie i już nie bedzie notek. Żadnych.
Wiecie, tak sobie myślę, że ja nie apsuje do tego swiata. Ja bym chciała sobie przez dzikie pola, góry i dolina jechac konno, co jakis czas przystawac, walczyc mieczem (i słowem, jak by się zdarzyło) o Honor i Ojczyzne.
Honor - tego nam wszystkim brakuje. W tych czasach nie jest już tak wazny.
Bóg, Honor, Ojczyzna.
Puste hasło, prawda? Przeżytek, relikt dawnych, rycerskich czasów, gdzie nie było wynalazków, a jednak... było łatwiej.
Trzeba mieć Honor, moi kochani. Honor, Odwagę, Nadzieję.
Wiarę w lepsze jutro.
Kochani, bądźmy współczesnymi rycerzami. Wszyscy. Bez wyjatku.
A moze kiedys znajdziemy swoje białogłowy (albo swoich białogłowów, drogie panie) w imię których będziemy walczyć aż do końca.
Całe zycie to walka. Ale ważne jest, jak się walczy, nie?
Walczmy z Honorem. O to jedno was prosze.


Słowa to tylko słowa.
Tak naprawde niewiele znaczą, ale równoczesnie potrafią zranić.
Bóg, Honor, Ojczyzna - to tez tylko słowa, prawda?
Więc niech staną się Naszym sercem.
Wtedy przestaną byc puste.

komentarze [3]

I znów. >> piątek, 12 stycznia 2007 20:06:00
Chciałam tutaj napisac jakis dłuższy wywód, ale niestety - nadzieje moje spełzły na niczym, gdyż własnie musze sie z komputera zbierać. To takie przykre, że człowiek jest uzależniony od techniki, nieprawdaż, moi kochani czytelnicy?
Jestem własni u Cioci mojej i opiekowałam sie do tej pory jej małą i zachwycającą córka - Majką. Naprawde - jak nie lubię dzieci, tak ten mały szkrab powala mnie na kolana.
W domu siedzieć na komputrze nie mogę, gdyż rodzicielka moja postanowiła zrobic impreze i tak po prawdzie to powinnam sie zmyć.
A po drugie mój komputer został zaatakowany przez coś strasznego i mi pokasowało połowe programów. Przykre.
Co do notki - w tym momencie ciocia moja weszła do domu własnego, więc nie wolno mi gościnności nadużywać - musze zejśc, bo jakże to w obcym domu na komputerze siedzieć.
Tak, tak, wiem, nie siedzi na się na komputerze, tylko przed lub też przy.
Ale prosze, wybaczcie mi taki mały błędzik - wszak nie robię ich dużo.
Tak więc - dzisiaj miałam was zasypać potokiem słów, a niestety, nie zasypię. Mam nadzieję, ze wybaczycie mi te zwoki... to znaczy, chciałam powiedzieć, tę zwłokę. Zwłoki to tu dopiero mogą byc, jak mnie zirytujecie.
Ale na razie wszyscy jestescie mili i kochani, więc mordów, tudzież czynów wszetecznych nie planuję.
Żegnam was, kochani moi, długa, zabawna i całkowicie pokręcona notka

Olaboga!

W tym momencie Ciocia stanęła mi za plecami i powiedziała radośnie, że mogę tu siedziec na komputrze ile tylko dusza zapragnie, bo ja jej kompletnie nie przeszkadzam. Dopytywałam sie wielokrotnie i za każdym razem słyszałam - Nie, nie, siedź sobie, zupełnie mi nie przeszkadzasz.
No to czyż mam na siłe wychodzic?
Skąd.
No i w ten sposób mogę uraczyć was moim słowotokiem.
Czy zastanawialiście się kiedyś nad znaczeniem swoich snów?
Bo ja zawsze sny olewałam, ewentualnie, jeśli były ciekawe, przerabiałam je na opowiadania (tak miedzy innymi powstało Dziecko Wichrów, Tam, gdzie Bogowie mówią dzień dobry, Aizem, i kilka innych).
Ale nigdy nie zastanawiałam się, czy moje sny, to jakiś znak.
A ostatnio ciągle powtarza mi sie jeden motyw. Jest to rzecz względnie wstydliwa, gdyż motyw ten oznacza całowanie się. Całowanie się z kolegą, którego na co dzień raczej btym nie pocałowała, a już na pewno nie zapałała uczuciem. Powtarzają mi się pewne konkretne osoby, których z nazwiska nie wymienie ze względów bezpieczenstwa - niektórzy internet mają i gotowi uznac mnie za seksualną fanatyczkę, przez co oczywiście nie będe mogła pojawiać sie w szkole muzycznej (gdyz tam głównie znajdują sie obiekty moich snów).
Ostatnio nawet pojawił mi się motyw trjkąta - o zgrozo.
W innej sytuacji pomyslałabym, ze jestem po prostu niewyżyta. ale po takim Syl;westrze, jakiego ja miałam, niewyżytość stanowczo nie wchodzi w grę. Oj nie.
Więc co. Podświadome uzależnienie od całowania? Czy może w ten oryginalny sposób ukazana jest moja miłosc do muzyki?
wątpię. I zastanawiam sie, dlaczegóż to ten Pan Na Górze obdarza mnie tak wyrafinowaną nocną rozrywką.
Zresztą, jeśli już tak wlazłam z buciorami w ten senny temat, to moje sny zawsze mnie dziwiły. Mianowicie, miałam w życiu tylko 3 horrory. Jeden był horrorem tradycyjnym, czyli w malowniczej, ponurej, zielono-czerwono-czarnej scenerii gonił mnie ojciec z ociekająca krwią siekiera.
To było takie banalne.
Dwa kolejne horrory były przerażająco prorocze. Niestety, nie opiszę ich tutaj, bo nie chciałabym, aby wasze zapewne śliczne buźki opadły z jękiem, tudzież sennym westchnięciem na klawiaturę. Kiedyś ktoś bardzo mądry zauważył, że nasze sny interesują tylko nas samych. A naszych słuchaczy nie.
Chyba że to sen z serii czerwona koronka, czarna szpilka i różowa landrynka, a słuchacz jest naszym partnerem lub zboczeńcem.
Ale taka refleksja mnie właśnie naszła, ze jak na moje burzliwe i szalone życie, to snię stanowczo za mało horrorów. Trzy na prawie osiemnaście lat - czy to nie potworne?
Z wiadomości bieżących - po czteroipółdniowym milczeniu Ciasteczkarz odezwał się w niedziele wieczorem. Względny sukces, zważywszy na to, ze chłopię moje kochane nie zorientowało sie, iż mogę tkaim milczeniem być trochę... poruszona.
Nie, oczywiście, że nie tęskniłam.
Ale mógł sie odezwać.
Teraz za to Ciasteczkarz sie stara, pisze na gg, pisze smski, puszcza sygnałki - naprawdę się stara. I ja to doceniam.
Tylko, choelra, ta moja sztywność wciąż siedzi mi we łbie.
Robaczki moje kochane, błagam was, napiszcie mi - czy ja naprawdę jestem sztywna?
Sztywna jak... hm. Chciałam tu wstawic porównanie dość moco zahaczające o strefe intymną mężczyzny. Ale tak pomyślałam, zę jeszcze wejdzie tu jakieś młode dziewczę, przeczyta i się zarumieni.
A przecież nie bedziemy marnować rumieńców owego dziewczęcia na takie wręcz anatomicznie naukowe opisy.
Dzisiaj ma być krótko, bo Madzi znowu oczy ze zmeczenia wypadna i bedę zwisać na takich zabawnych sprężynkach. A przecież nikt z was nie chce Madzi aż tak skaleczyć?
Toteż Magduś - specjalnie dla ciebie zakańczam teraz notkę, ale za to następną wrzucę dosć szybko.

Niech to szlag. Za krótkie to na mnie. Źle sie czuję z taką notką. Mam wrażenie, ze jest ona nudna i kompletnie was nie zajmie. W końcu, komu chce się czytać o moich przemyśleniach dotyczących moich snów?
Nawet nie były spowite czerwoną koronka, nie były obute w czarną szpilkę i...
No cóż, nie ssały różowej landrynki.
Czy to było perwersyjne?

Żegnam was, moi drodzy, zapraszam na mojego bloga z opowiadaniami - w chwili obecnej dwie części w tematyce względnie Władcy Pierścieni. Adres w linkach.
Dla leniwych podaję - www.opowiadania-aivilo.mylog.pl

Całuję was w te zaczerwienione ślepka (bo jak siedzicie pół dnia na kompie, to później oczęta wyglądają jak po tygodniu ciężkiego picia. Taka smutna prawda, a potem trzeba wyrzucac majątek na okulary przeciwsłoneczne.

Pozdrawiam.

- It's only a dream.
- It's a good dream.
- Ohh, Arwen, shut up, and come here!

komentarze [2]

Nowy szablon. Życie stare. >> niedziela, 7 stycznia 2007 00:47:26
Dzisiaj krótko, bo właściwie to notka nadzwyczajna. Zainspirowana zostala zmianą szablonu. Robiłam sama. Znaczy grafikę, gdyż na html'u znam się jak growa na garncarstwie, ale html'a zrobiła dla mnie cudowna kobieta, która poznałam przez tak wielki przypadek, ze to zakrawa na absurd. Innymi słowy, Anastazjo - pokłon wielki i uniżony.
Jesli ktos chciałby zobaczyć jej bloga, zapraszam na http://www.caribbean-love.mylog.pl/ . Pisze opowiadanie o tematyce pirackiej. Ciekawe i oryginalne, wiec polecam, chociaż na razie się rozwija.
Mój Boże, jak to brzmi. Jak reklama na tysiącu blogów dla sweet dziewczynek. Naprawdę, jeszcze się tak nie zesweeciłam. Anastazja zasługuje na przeczytanie jej twórczośi, a jak ktoś skomentuje negatywnie to nogi z dupy powyrywam, przysięgam.
Nie mam nastroju do pisania. Piec minut temu miałam nastrój, a teraz nie. Widać wciągnęłam się w film na jedynce. No i pora w sumie póxna, wiec się nie dziwcie.
Tak więc dzisiejsza notke potraktujcie jako notke informacyjna, co zresztą jest też idiotyzmem, bo chyba na tyle slepi, żeby nie zauwazyc nowego szablonu, to nie jesteście?
Acha, gwoli ścisłości, na szablonie jestem ja. Może to próżność. Możecie tak stwierdzić. A ja stwierdzam, że skoro to mój blog i skoro, było nie było, piszę tutaj o sobie, to ewidentnie szablon powinien przedstawiac mnie i tylko mnie.
Z kolei słowa u góry to krótki dialog mój i mojego ojca. Jechaliśmy wtedy w samochodzie i ja wykrzyknełam, poirytowana: Tato! Ale ja nie mam żadnego celu w życiu!
Na to on, z tym swoim półkpiącym usmieszkiem, z tym bhlaskiem żartu w oczach, odrzekł: Celuj w dziesiątke.
Moze tandetne. Może banalne.
Ale to najmądrzejsze słowa, jakie od niego usłyszałam. I sa dla mnie najwazniejsze.
Toteż nie dziwne, ze są mottem przewodnim tego tutaj wyzwalacza myśli, nie?
Pozdrawioam. Nieługo walne cos nowego, zaskakującego, nieprzemyslanego, słowotwórczego i myślotwórczego. Być moze politycznie niepoprawnego.

Niezawodowodowana.
Nie wiesz, co to znaczy?
Ja tez nie.
Ale fajnie brzmi.
komentarze [3]

Powracam. Ale nie z hukiem. Z lekkim trzaskiem. >> środa, 3 stycznia 2007 15:56:05
Witajcie.
Witajcie, witajcie.
Tak więc po dość długiej przerwie, po niemalże dwóch miesiącach zastoju powracam, aby napisac co mi tam pogrywa w głębi duszyczki. Nagabywana całe noce i dnie przez moją słodką, kochaną Kasię G. postanowiłam zrobic jej prezent na Nowy Rok i uszczęśliwić moim wartkim słowotokiem.
W sumie teskniłam za wami, moi drodzy Czytelnicy. Tęskniłam za błogim klekotem klawiatury, w którą uderzałam bez opamiętania, kiedy tylko targał mną jakiś wewnętrzny problem.
Mam trochę tych problemów.
Ze spraw bieżących - nie jestem juz z Matołkiem. Rozstaliśmy się. Dokładniej rzecz biorąc to on rozstał się ze mną. Dosyć perfidnie, w dzień koncertu. Nie dziwne, ze grając byłam nieco rozbita psychicznie, bo - spójrzmy prawdzie w oczy - był to pierwszy facet, do którego naprawdę coś czułam. Nawet nie coś, a Coś. Jedna litera. Duża, czy mała. A to tak wiele zmienia.
Od tego czasu nie mam faceta i źle mi z tym nie jest. Poznaję sobie nowych panów, zaprzyjaźniam się. Ale wszystko w granicach rozsądku.
Mój Boże, kogo ja staram się oszukać. Rozsądek to ostatnia rzecz, jakiej można się doszukac w mym krętym, pełnym zaułków i ślepych uliczek umyśle. Miotam sie i miotam pomiędzy ludźmi, starając się pokazać, jaka to jestem cool, jazzy i trendy.
A tak naprawdę to czasem dochodzę do bardzo irytującego wniosku, że jestem nikim.
Przykre, prawda?
Nikt z nas nie chce byc nikim. Każdy chce być kimś. Wszyscy w latach młodości mają swoje marzenia, swoje nadzieje, swoje cele i ideały. A z biegiem lat to wszystko okazuje się mżonką. Każda młoda dziewczyna marzy o księciu na białym koniu, po czym traci dziewictwo z kolesiem w dyskotekowej toalecie. Faceci marzą o karierze sportowca, a kończą kopiąc smętnie piłkę w osiedlowym klubie i sprzedając marihuanę dzieciakom z podstawówki, tudzież kradnąc radia samochodowe. Dziewczęta chcą miec duzy dom, przystojnego męża, uśmiechnięte, złotowłose bobasy, a lądują w ciasnym mieszkaniu, z wrzeszczącymi bachorami, martwiac sie, co wrzucic do garnka. Ich mężowie dawniej pragnęli pieknych kobiet, szybkich samochodów i wielkich pieniędzy, a pracują po 12 godzin za grosze w zakładzie pracy, po czym wracają do domu zdezelowanym maluchem, patrza na narzekającą i wiecznie niezadowoloną babę noszacą ich nazwisko, i zastanawiają się, gdzie znikneła ta kochana i kochająca dziewczyna z przed lat.
Wszystko mżonki.
Oczywiście, niektórzy sie wybijają. Przeciez otacza nas świat, inny świat pełen świateł, głośny, intensywny. Świat aktorów, muzyków, dziennikarzy, artystów, genialnych naukowców, pisarzy, modelek. Świat, który jest dla nas normalny, który jest dla nas oczywisty, a jednak odległy o całe lata świetlne. Komuś się udało. Jednak komuś moze się udać.
Ale przecież każda z nas kiedyś tam marzyła o tym, zeby być gwiazdą.
Logiczne więc, że niektórym się to udaje.

Powiało grozą, prawda? Powiało beznadziejnością tego świata. To do mnie takie niepodobne - snuć ponure opowieści o realiach, które mimo wszystko kocham. Owszem, chcę się wybić i wybiję sie. Jestem tego pewna, jestem o tym przekonana.
Ale zawsze pozostanę tym małym, kochanym, wrednym Hutasem, chodzacym w wytartych Najkach, smiejącym się z głupich żartów i patrzącym na świat z iskierkami w oczach.
Jak jakies cholerne żarówki. Ciekawe tylko, kiedy się przepalą.
Tak do tematu - wypaliła mi się żarówka w pokoju. I tutaj mam ogromny problem, bo aby znów mnie kulturalnie oświeciło, i żebym nie oślepła na amen, czytając w półmroku, musze wykonać jakże trudna operację wymiany żarówki. Nawet mam dobre żarówki, bo kupowałam ostatnio do dużego pokoju, gdzie jedna lampa jest zepsuta i nawet z żarówkami nie świeci. Ale to jest takie męczące - wstać, przynieść krzesło, wykręcić żarówki z dużego pokoju, zanieśc krzesło do mnie, wykręcić spaloną zarówke, wkrecic nową, zejść z krzesła, zaniesc je do kuchni. I na dodatek na cąły ten czas wyłączyć prąd, żeby mnie czasem nie popieścił.
Chciałabym jeszcze pożyć. Pamietam, jak kiedyś mnie kopnęły światełka na choinkę. Byłam lekko oszołomiona.
Choć z dwojga złego wolę, żeby kopnął mnie prąd, niż zycie.
Ale i tak kopniaki i żartobliwe kuksańce ze strony życia to rzecz nieunikniona, i trzeba się pogodzić.
Zapewne czekacie na relację z Sylwestra, moje kochane Robaczki?
A figa. Nie będzie. Mówiłam już, że to blog z moimi kulturalnymi i jakże oryginalnymi przemysleniami na temat świata doczesnego. A nie sprawozdanie z tego, co robiłam, gdzie byłam i jak bardzo się upiłam.
Nie aż tak bardzo, jaki mogłoby się wydawac, tak gwoli wyjasnienia.
Ale o Sylwestrze nie bedzie. O świętach tez nie. Ani o Nowym Roku.
Mogłoby być o szkole, ale ta Święta Inkwizycją... o, przepraszam. Miało być: Święta Instytucja... Tak czy inaczej, ten przybytek grzechu niesamowicie mnie dzisiaj poirytował. Ja jak debil, pół wczorajszej nocy kułam geografię, aby zdawać na 4, po czym okazało się, że pani, nie bacząc na bliźnich, wpisała już oceny i dała mi jakąś obrzydliwą trójkę.
Nie przeszkadza mi 3 z geografii, bo całe liceum miałam 2. Ale przeszkadza mi, ze zmarnowałam czas, który mogłam poświęcic na sny.
Co do snów - tej nocy sniło mi się, że jadłam pączki z marihuaną.
Nastepnym razem bardzo uprzejmie proszę siły rzadzące nami o mniej sugestywne i kontrowersyjne sny - bo ja sobie cos pomyslę. I upiekę takie pączki.
Skąd, swoją drogą, wezmę tę nieszczęsną marihuanę, nia mam pojecia. Pozrywam jakieś zielsko sprzed domu. Nikt się nie zorientuje, prawda?
Ach, no i jeden problem. Jakim cudem ja, osoba, która potrafi wode przypalić, mogłabym upiec jadalne pączki?
Toż to nimi bedzie można grać w tenisa, albo okna wybijać. Ewentualnie truć wrogów. Oj tak, gdyby ci starożytni władcy mieli mnie an dworze, zaoszczędzili by na tych swoich wszystkich alchemikach. Ja trucizne ze wszystkiego zrobić potrafie.
A potem jest efekt nieswieżej makreli (kto wie, ten zrozumie).
Znowu byłam u fryzjera. To znaczy - znowu jak znowu, po raz pierwszy od roku. Ponad roku, z tego co pamiętam. Włosy wycieniowane, ale broń Boże nie ścięte na długość. Kolor zgłębiony. Grzywa kulturalnie podcięta. Z tą grzywą to są też niezłe zabawy. Dzis wychodząc z domu, mjiałam ją prosta jak drut. Wchodzac do szkoły sterczała mi figlarnie na wszystkie strony, uwydatniajac moje czerwone lica, niebezpiecznie pucołowate po obfitych świętach. Przytyłam, niestety. Chyba powinnam sie odchudzić, ale to baaardzo nie w moim stylu. Ale zacznę robic brzuszki. W końcu do mego balu studniówkowego został miesiac i dwa tygodnie.
Musze zrobić sobie seksowny brzuszek. Co prawda mam już suknie i przyznac się muszę, ze niezwykle mi się ona podoba. Ponadto nie widac w niej brzucha, bo jest sztywno zagorsetowana, wiec moge miec wałki sadła niczym prosie chodowane na szynkę, a i tak nie będzie widać. Ale tutaj chodzi o komfort psychiczny, a to już gorsza sprawa. Nigdy nie byłam mocna w kwestii własnej psychiki. Jest dość chwiejna.
Na dodatek usłyszałam wczoraj od Ciasteczkarza, że jestem sztywna i nie potrafię się wyluzowac. Odrobine mnie to zaskoczyło. Zawsze miałam sie za osobe wyluzowana i pozbawioną wszelkich barier. A tutaj nagle okazuje się, że to była ułuda, a tak naprawde jestem sztywna jak nieboszczyk paralityk.
Toż to potworne!
Teraz będe się tym zadręczać. Jestem sztywna. Sztywniak.
Ciasteczkarzu, jak mogłes tak zachwiac moje poczucie własnej wartości?
Niestety, już ci to zostało wybaczone.
Popatrzcie, moi kochani, jaka ja jestem niestała w uczuciach. Ledwo się na kogoś wkurze, to od razu mu wybaczam. Zero konsekwencji! Zero jakiejkolwiek moralności!
Zero luzu!
Jestem sztywna.
Z tematów ciekawszych niż moje usztywnienie - przepraszam, czy ktoś widział zimę? Ja wiem, kochani, ja wiem, pogoda to bardzo banalny temat do jakiejkolwiek dyskusji, do jakiegokolwiek monologu bynajmniej nie lirycznego. Ale ta pogoda, która mamy za oknem jest tak oryginalna, że pokusze się o malutki komentarz. Chyba tam Na Górze komuś się leciutko w główce przewróciło. Wyobrazam sobie, ze takie ciągłe zmiany pór roku, to moze być meczace, jest ich az cztery, średnio co trzy miesiące się zmieniają, to irytujace i nuzące. Ale mimo wszystko taka była kolej rzeczy od zarania dziejów. Czy naprawde warto teraz rezygnowac z odwiecznej tradycji czterech pór roku i pozostawic na świecie wieczną jesień?
Na świecie jak na świecie. Powiedzmy, zę to tylko w Polsce.
Bardzo proszę to zmienić. Jesli nie pójdzie w strone zimy, to może w drugą strone - w końcu za szesc miesięcy spotyka mnie wątpliwy zaszczyt wkroczenia w stan pełnoletności. Bede mogła wtedy pić, palić i przeklinać.
Oczywiscie nie znaczy to, zę będe tak robić. Palic na pewno nie. Przeklinać też nie.
Co do picia... tylko Finlandię grejpfrutową. Tylko okazjonalnie.
Wracając do mojego stanu pełnoletnosci i pełnej odpowiedzialnosci karnej - dążę do tego, zę w dzień moich osiemnastych urodzin, a przypadkiem też zapewne w dzien mojej matury z języka włoskiego, pragnęłabym na niebie cos innego niz cięzkie, ołowiane chmury.
Naprawdę nie wymagam za wiele. I zauwazcie, ze mówię to z odpowiednim wyprzedzeniem - do 28 maja jest jeszcze masa czasu!
Popatrzcie, ledwo człowiek dorwał się do tego pisania, to palce nie chca mu sie od tej klawiatury oderwać. Siedzę i pisze. Piszę, co mi slina na język przyniesie. Piszę być moze bzdury wierutne - przepraszam. Ale sam Internet to wierutna bzdura, tak wiec chciałabym nie odstawac za bardzo, jeśli można.
Ok, kończę. Kończe, kończę, przysięgam. Widzicie? Dzis nie było mdło i słodko. Za to odrobine melancholijnie. Chyba zaczełam dorastać, wiecie?
Ale ja nie chce. Mam jeszcze 6 miesięcy. 6 cudownych miesięcy bycia dzieckiem.
Cholera, nie odbierajcie mi tego.
Pozdrawiam was serdecznie, wierni Czytelnicy, a raczej tych, którzy dotrwali do końca w jednym kawałku. Wbrew pozorom, nastepny raz będzie. I nawet nie mówię - żegnajcie.
Tym razem - do zobaczenia.

Wolność oznacza prawo do twierdzenia że dwa i dwa to cztery - napisał Orwell.
Ok. Ale problem polega na tym, że czasem brakuje mi nawet tych dwóch.

komentarze [6]

Kolejna. >> czwartek, 9 listopada 2006 11:24:20
Widzicie, jaka jestem twarda? Przez te kilka dni trzymałam się mocno, żeby nie napisać, żeby nie zawalić was potokiem moich jakże natchnionych słów. Tak, tak, moje kochane robaczki, doszłam do wniosku, że zostane prorokiem. Umiem mówic z równie fanatycznym blaskiem w oczach, jak oni... no, może tylko z nieco wiekszą nutką sarkazmu. Acha, no i przecież jestem ateistką. To wprowadza pewną trudnośc, którą jednak z pewnościa pokonam, bo przecież...
Nie, nie, nie będę wyspiewywać peanów na moją własną, wspaniałą cześć. Z moją cześcią wszystko w porządku, chowa sie gdzieś tam wewnątrz mnie i tylko czeka, aż ją stracę.
Chociaż... może to cnota? Cholera wie. Ona tez czeka.
Wyszłam wczoraj z domu. Jestem twarda, jestem silna, poszłam do szkoły muzycznej na orkiestrę. Własciwie to nie powinnam była isć, zwolnienie mam do piątku, ale już nie chcę opuszczać zajęć, za dużo mam nieobecności... A prawda jest taka, że się z Matołkiem chciałam zobaczyć. No, dzisiaj własciwie nasz związek został oficjalnie uznany. Do tej pory śmieje sie wewnętrznie z tych zdziwionych spojrzeń, kiedy przedefilowalismy za rączkę poprzez salę koncertową. Niemalże słyszałam myśli wszystkich obserwatorów: "To ONI są RAZEM?!"
Niemalże słyszałam trzaski łamanych serce... no dobra, żartowałam. Moze tam jeden trzask.
Uwielbiam wzbudzać sensację. Naprawdę, kocham być w świetle reflektorów. Tak, panie WOjwódzki, mam parcie na szkło. I nie wstydzę sie tego.
Tak czy inaczej dzisiaj tez ide do muzyka na zajęcia, kompletnie nieprzygotowana, no bo jak miałam się przygotowac, lezać niemal nieprzytomna w gorączce, przez półtora tygodnia. Półtora? Czy półtorej? Czy jest na sali polonista?
Gdyby nie to, że znów zobaczę się z Matołkiem, to bym nie szła. Nie mam pojecia, co zrobił ze mną ten człowiek. Naprawdę, dzień w dzień o nim myślę, noc w noc o nim śnię, i nie moinie 10 min ut od rozstania, a ja juz nie moge się doczekac następnego. Najchętniej w ogóle bym się z nim nie rozstawała. Porwe go, wsadzę do klatki i powiesze nad łóżkiem. W klatce, zeby moja cnota jeszcze trochę pozyła.
Zaraz może zrobić się łzawo i ckliwie. Przepraszam. Nie moja wina, że mi serce podskakuje jak zjarany zając. Staram, sie nie zmianiac w słodkie i zakochane stwprzonko, które będzie nic tylko wzdychać i mówić: Ach, jaki on jest wspaniały, ach nie mogę bez niego żyć, ach, tesknię za toba, moje ty kochanie...
Łe. Mdłości biora, jak się czyta, nie?
Poważnie się obawiam, że ze mną może stać się dokłądnie to samo. Nie chodzi mi o to, ze dostane mdłości, tylko że będę je powodować. Ale nie jestem w stanie tego zmienić. To się już stało. Jakiś człowiek Na Górze pstryknął palcami, i oto okazało się, że ja. w miare zdrowa psychiocznie, dorodna siedemnastolatka z jakimś tam rozumem jestem uzależniona od wysokiego, boskiego, niebieskookiego blondyna.
Phi. To takie banalne. Wstyd mi za samą siebie.
Wyobraxcie sobie, moi drodzi, ci którzy jeszcze nie odwrócili się ze wstrętem od monitora, wymiotując kulturalnie do kubełka, że dizsiaj obudziłam się od 3 w nocy. Cicho, bez żadnych komentarzy typu: Niemożliwe!, to nie koniec.
A więc obudziłam się, spojrzałam na komórkę i pomyślałam... a co tam, obudze go. I puściłam sygnałka.
Nie minęła minuta, jak dostałam smsa - widzę, kochanie, że myślimy o tym samym.
A ja szok. Bylam pewna, ze nie odpiszę, nie odpuści, tylko najwyżej rano coś tam. A tu, jak się okazało, on obudził się o tej samej godzinie co ja, pomyślał o mnie wtedy, kiedy ja o nim i zamierzał puscić sygnałka, tylko ja go ubiegłam.
Szok.
Nigdy nie sądziłąm że przyjdzie dzien, kiedy coś takiego mi się zdarzy.
Wielki szok.
Nigdy nie sądziłam, że opisując to bedę tak samo łzawa i obnrzydliwie ckliwa jak stado różowych trzynastek z takim zapałem okupujących internet.
Rozczarowałam się sobą. Gdybym, miała w domuy odpowiedni sznur, powiesiłabym się. Chyba. Nie mam sznura, więc tego nie sprawdze, bo wieszanie się na pasku jest takie... passe.
Z zabawniejszych spraw, bo nawet ci najodporniejsi mogą nie wytrzymac tej notki i skonczyć jako cukrzycy, to może przedstawię dialog mój i mojej mamy, podczas ogladania jakiegoś tam filmu o starym małżeństwie, które usiłuje pokochać się na nowo.

MAM: Bo ja nie rozumiem, co takiego cudownego jest w kolacji z mężem!
AIV: No wiesz, darmowe żarcie...
MAM: Ale ty powierzchowna jesteś, wiesz? Jak bajoro.
AIV: Ta... jak kałuża pod blokiem.
MAM: Idź się utop.

Co do mojej Matki, to jest to bardzo zabawna osoba. Wczoraj jeszcze zawołała wkurzona do mojego brata:

MAM: F. do jasnej cholery! Zdecyduj się, albo nauka, albo telewizor!

A Brat jeszcze na to:

BRAT: Kurde, ciezko wybrać...

Też bym chciała takie multimatum.

Cóż jeszcze ze spraw ciekawych... Mój pies ma urojoną ciążę. Chodzi tam i spowrotem z moim szczurem, Tobrukiem, w zębach, piszczy i rośnie jej brzuch. A nie jest w ciąży na pewno, bo nie miał jej kto zapłodnić. Jak się wkurzę, to też zacznę sobie urajac jakies ciążę.
Tylko co wtedy mój kochany Matołek na to powie? No, może się zdziwić...
Ogladnęłam sobie w poniedziałek całego Władcę Pierscieni, od 1 do 3 części, i doszłam do wniosku, że III Era Śródziemia była Era wynalazków - Saruman wynalazł dynamit, Legolaz snowboard, a Frodo i Sam miłosć gejowską.
A jesli nie wynaleźli, to przynajmniej po raz mpierwszy pokazali ja publicznie. (Ach, ten pocałunek w ostatniej scenie! W czoło! Zbereźnicy!)
Jakos krótko dzisiaj. Nie wiem, nie mam weny zapewne. Zdumiewające - ja, która nigdy nie zapomina jezyka w gebie i palców u dłoni, dziś nie ma weny. Może dlateo, ze co chwilkę musze wstawac i otwierac drzwi. Po raz pierwszy listonoszowi. Po raz drugi Quasimodo, a po raz trzeci pani R. żeby jej pomóc wniesc zakupy na 3 piętro. Pani R. jest przkeochaną starszą pania, i pomóc jej z zakupami to dla człowieka czysta przyjemność. Listonosz, no cóż, obowiazek swój spełnic musi.
Ale przekleta Quasimodo...
Quasimodo to nasza dozorczyni. Pani, która niestety,wygląda jak potwór, dodatkowo ma paskudny charakter. Wredna, wscibska, wszedzi musi wsadzić ten długi nochal, obgaduje kazdego z aplecami, taka stara plotkara... brrr, nie cierpię jej.
I za kazdym razem, jak ktos z nas jest sam w domu, puka natretnie, i usiłujac wleźć dalej niż do przedpokoju wypytuje o sąsiadów.
Potwór.
Naturalnie nie wpuszczam jej, tlyko uchylam drzwi, standartowo mówię, ze rodziców nie ma w domu, i zamykam.
No, i dlatego chodzi plota po osiedlu, ze jestem niewychowana.
Dobrze, konczę. Nie jest dziś długo. Ot tak, w sam raz.
Wieczorem widze sie z Matołkiem, ale zanim do tego dojdzie, mam 2 godziny zajęc. Potworność, zwłaszcza historia muzyki, która w tym roku jest wyjątkowo nudna.
Tak więc... do zobaczenia, moi mili czytelnicy. Możecie skomentować. Nie bójcie sie tego. Wciąż was jeszcze lubie. I nie jestem złosliwa dla was. Nikogo jeszcze nie wepchnęłam za szafę, tak jak to pamiętne mięso sprzed parunastu lat.

Mordor padł, Gondor powstał. LotR, myślicie?
Gówno prawda.
Powerade.

Pozdrawiam, Avi.
komentarze [1]

Next >> niedziela, 5 listopada 2006 16:03:31
Kolejna notka. Wytrwałam w postanowieniu, nie dodałam nic wczoraj, totez bilans powrócił do normy. Doszłam ostatnio do wniosku, że im rzadziej będe dawać notki, tym więcej będzie komentarzy.
Nie, żeby mi w jakikolwiek sposób na tym zależało. To tylko takie drobne przemyślenia. I tak bede dużo pisać, bo taka moja natura. Moje palce dostają nerwowych drgawek, jesli znajdują się daleko od klawiatury.
Własnie zezarłam kolejną część obrzydliwego zestawu leków. Lek ten ma wdzieczna nazwe "robaczki". Geneza jest prosta - kiedy byłam mała, mama nie potrafiła wyjasnić mi, że podczas zazywania antybiotyku musze przyjmowac też zywe kultury bakterii. Dla mnie "żywe kultury bakterii" były jakimś dzikim absurdem, bo trzyletnia Avi lotnym umysłem sie nie odznaczała. Po wielu godzinach ciężkich tłumaczen matka doszła do wniosku, ze mój zaczynający się juz lekko smazyć, mały mózg nie pojmie takich skomplikowanych słów, więc stwierdziła, ze musze połykac robaki żeby mi zjadły chorobe od środka.
O dziwo, robaki zrozumiałam doskonale i zaczełam je zazywac nawet z pewna doza przyjemności.
I tak powstały "Robaczki". Dla tych chętnych do blizszego zapoznania się z owymi żyjatkami polecam Lackcid - tylko na receptę.
Oglądałam w piątek "Ostatniego smauraja" na przemian z "Tanczącym z wilkami". Cóż, pierwsza pozycję znam dość dobrze, bo kiedy jeszcze mój Ojciec przebywał w tym kraju, miałam taki wspaniały wynalazek telewizyjny jak HBO. Obecnie nie mam, bo jak Ojciec poszedł won, to nikomu się za to nie chce płacic. Właściwie on tez nie chciał płacić, bo nie miał z czego.
Dlatego w koncu nam odcięli.
Totez skazana zostałam na TVN, który byłby całkiem niezły, gdyby nie reklamy trwające dłużej od filmu. Człowiek popełni tam seppuku szybciej niż bohater filmu.
"Ostatni Samuraj" jest pieknym filmem. Plus za słabo rozwiniety watek miłosny, bez zadnych hollywoodzkich lizań, oraz za muzykę. Za Toma zreszta tez. I za pomysł. I za Katsumoto. I w ogóle za cały film.
Tak, jestem bardzo zdecydowana.
Z kolei "Tanczacy z wilkami" o wiele bardziej urzekł mnie jako książka. Co prawda Kevin gra dobrze - a ja go dodatkowo uwielbiam za "Postmana" - jednak nie ma tam tego "czegoś" co by porywało mi sprawiało, ze film ogląda się z zapartym tchem. A ksiazka to miała.
Ale dosyć juz o filmach i książkach. Nie przyszliście przecież tutaj czytac o cudzych dziełach. Przyszliście zapewne zagłębić sie w tajniki mego prywatnego życia, z ogromnym zainteresowaniem czekając na jakies szokujące wyznanie typu - mój facet jest gejem i dlatego go kocham! albo Jestem transwestytą!
Tak. Jasne. Na dodatek mam trzy rtece, z tyłu zwisa mi mały, różowy ogon, a kiedy w moim towarzystwie ktoś kichnie zaczynam mrugać lewym okiem. Taki tik nerwowy.
W tych czasach wszyscy gonia za sensacją. Teraz nie wystarczy napisac - zakochałam się. Poznałam go, potykając się na przystanku. Złapał mnie za ramię, spojrzałam w jego błękitne oczy i przepadłam. On tez mnie kocha!
Przecież to nudne. Zwykła miłość... Teraz to lepiej napisać - Zakochałam się! Poznałam go, gdy włamał się do mojego domu, okradł moja rodzine, kopnał psa, zniszczył mebloscianke i porwał mnie w ramach seksualnej zabawki. Przez niecąły miesiąc więził mnie na opuszczonej farmie daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. Gwałcił mnie, zabijał wielu ludzi, okradał, bluźnił i był zły. Ale ja odkryłam jego wewnetrzne dobro! (i tak dalej w ten deseń...)
No cóż, nieprawdziwe... Ale jakież satysfakcjonujace. Taki tekst człowiek przeczyta z rozgoraczkowanym wzrokiem. I nie będzie mu przeszkadzać, że to kłamstwo.
Jak to ktoś kiedyś napisał... "Jeśli napisze, że w południe piekna blondynka Kate ucałowała swego maltańczyka i patrząc przez okno na ocean strzeliła sobie rewolwerem w serce, nikogo nie bedzie obchodziło, że to była północ, dziewczyna miała ciemne włosy i imię Cassidy, pies był owczarkiem, a okno wychodziło na góry. Liczy się dramatyzm, nie prawda"
Ale niestety, moi drodzy czytelnicy... gdzies tam we mnie siedzi taki mały diabeł, i to wcale nie jest ten wirus, co mnei tak od tygodnia toczy. Chodzi mi o innego diabła, który szepcze mi do ucha małe paskudne słowa, ze może jednak wy tutaj nie przychodzicie w pogoni za sensacją. Moze przychodzicie tutaj po prostu po to, zeby poczytać, co wypociłam, zajmując sie przemysleniami wszelakiej natury. Moje te moje wypociny sa jednak trochę sensacyjne?
Duszy awanturnika i wiecznego szaleńca raczej nie zaspokoję (sama taka jestem, więc wiem) ale jakiegoś miłego flegmatyka niektóre moje opowieści moga nieco rozruszać. Nie sądzicie?
Nie żebym uważała was wszystkich za flegmatyków. Skad. Jak na razie wciaż was lubię. Jeszcze nikt mi się nie naraził. Dziwne. Zazwyczaj często znajduje swoje ofiary...
Czytałam dzisiaj kodeks cywilny. Znalazłam w necie. Bardzo ciekawy. Jednym z ciekawszych artykułów jest:

Art. 461. Z chwilą urodzenia dziecko może żądać naprawienia szkód doznanych przed urodzeniem.

Jak widac także i kodeks cywilny może byc niezłą rozrywką.
Koncze, moi drodzy czytelnicy. Z kuchni dociera do mnie samokowita won obiadu - pierwszego ludzkiego posiłku, który moge zjesc, od tygodnia. Cholera, niedługo odzyskam te moje 5 kilo które straciłam w chorobie. Tak, wiem, nie jestem gruba.
Ale skoro już schudłam... To głupio tak znów przytyc.
Chociaż moje mężczyzna (rodzaj specjalnie zmodyfikowany) mnie chce taką jaką jestem. Nie powiem "kocha".
Za duże słowo. Raz się na tym słowie ścięłam - co więcej, wyleciało z moich ust.
Hominis est errare. No fakt. ale ja nie lubie popełniać po raz kolejny tego samego błędu.
Ide jeść. Idę tyć. Idę się uchachać.

One for all. All for one.
And all for me, per favore?

Muszkieterowie wiecznie żywi. Jeden tkwi we mnie. Mam nadzieję, ze Aramis.
Chociaz został ksiedzem.

komentarze [3]

Nie mogam się powstrzymać >> piątek, 3 listopada 2006 16:20:34
Ja tak krótko o tekscie KaśKas, mojego drugiego ja. Wiem, wiem, miałam już dzisiaj nie dawac notki, kajam sie przed wami i na twarz padam, ale naprawde się powstrzymac nie mogłam.

A wiec:



Ola - Ja wychodze na chwilę, ale wróce. Jak chcecie, to mozecie sobie pograć, bo zostawiąłm tam skrzypce.
Kaś - No patrz, aj tez wczesniej wyjde, też zostawiłam skrzypce u koleżanki.
Ola - Ale przecież ty nie masz skrzypiec!
Kaś - Faktycznie. A co tma, głupie szczegóły...


I trzeba było widzieć, ajk Kaś w dobrej wierze i z radoscią na ustach produkuje tego nonsensa.

Pozdrawiam - Avi. To była tylko mała wstawka humorystyczne. Bron Boże, nie stanie się regułą.

I czy jakis wierny fan mógłby mi uprzejmie powiedziec, jak do cholery zmienic kolor czcionki na blogu?! *w hołdzie Indi ;*>
komentarze [1]

Druga notka >> piątek, 3 listopada 2006 11:56:02
No i znów piszę. Właśnie wróciłam od lekarza. Wygrzebałam się z płaszcza, odwinełam z szalika i zasiadłam, pełna względnej radości przed klawiaturą aby uszczęśliwic was moją wesołą twórczością.
Pełna względnej radości gdyż jak się okazało, nie mam mononukleozy, a "jedynie" anginę ropną. Jednakze oznacza to, że
a. bedę leżeć w domu na tyłku jeszcze co najmniej tydzień
b. mój mężczyzna, który mimo wszystko mnie całował, twierdząc, że nie obchodzi go mononukleoza, prawdopodobnie wnjabliższym czasei padnie, złożony anginą.
Bywa. Chyba nawet bede mu trochę współczuć. W koncu to moja wina. Na swoją obrone mam tyle, ze to on pchał sie z jęzorem, nie ja. A ma chłopak dobry zasys, to pewnie przez tę trabkę. Wszystkie instrumenty dęte dobrze całują.
Tak więc jestem chora, niewyżyta, skacza wokół mnie jak wokół królowej na łożu agonalnym. Wszystko byłoby cacy. Mamusia kupuje przepyszne produkty spożywcze, które potem babcia zamienia na arcydzieła. No, ale mamy jeden problem - nie jestem w stanie nic przełknać. Moje gardło i okolice to jedna, wielka, zaropiała rana. Z trudem przełykam własną ślinę. Lece na mleku i jogurtach.
A mogłabym jeść ambrozję i nektar pic, to nie. Ach, złośliwość chorób martwych.
Tak w ogóle widze, ze na razie pisze li i jedynie o swoich nedznych cierpieniach. Tak - według niektórych wszystko kreci się wokół słońca, według innych wokół ziemi... a dla mnie kręci sie wokół mojej własnej osoby. To jak to będzie? Homocentryzm? Bo skoro jest i helio i geocentryzm, to ja nie chce byc gorsza.
Przerażeniem napawa mnie fakt, że nie pójde jutro na kursy amturalne, z aktóre zapłąciłam grube pieniądze. Oj, matura i choroba to złe połączenie. Tak samo jak miłość i choroba. Naprawde, w tym jednym wypadku ja naprawde chcę się uczyć (powtórzyłam słowo "naprawdę". Co za wstyd. Ja, dość wykształcona, humanistyczna dusza, robie takie nedzne błedy). Ja lubię historię.
Tak, wiem, c zaraz odkrzyknie jakiś czytelnik siedzacy przed ekranem i wpatrujący się z ciekawością na ten mój słowotok. Zawoła - historia? Pogięło cię?
Owszem, pogięło. Już dawno. Potem troche wygieło, pocieło, pospawało... i wyszedł ze mnie historyk jak się patrzy.
Niech nie śmieja się ci, co chodza ze mną do klasy - pani A. i historia to dwie różne sprawy. Nie należy ich mieszać.
Jestem głodna. To taki paradoks - mam mnóstwo jedzenia, a nie mogę go zjesć. Prawie jak w reymontowskich "Chłopach". Jetsem prawie jak Kuba.
Prawie robi wielką różnice.
No fakt, mi nikt nogi nie przestrzelił. Nie byłam powstańcem styczniowym i nie polowałam w cudzym lesie na jelenie.
Ale czy szczegóły są wazne? Przecież liczy sie idea.
Tutaj wspomne, zę zawsze najgroxniejszymi i najbardziej szalonymi mordercami byli ci, którzy zabijali dla idei. Mogę zrozumiec - przez przypadek. Moge zrozumiec - w obronie własnej. Moge nawet zrozumiec - na zlecenie, dla zysku.
Ale za choleę nie moge zrozumiec morderstwa dla idei.
Tak, tak, moi drodzy czytelnicy. Reprezentuję nader dziwne poglądy, nie bardzo pasujace do młodej, w miare normalnej nastolatki, której tylko czasem odwala.
Pozdrowienia dla Niki - nasza godzina w bufecie na religii naszym uswięconym rytuałem.
Ale wbrew pozorom, ja czasem myslę. A jak już nie mam co robic, to nawet myslę powaznie. I dochodze do wielu, czesto zaskakujących wniosków.
Koniec na razie. Ja mogłabym psiac bez końca. Tak samo jak gadać. Ale mam tez na uwadze wasze dobro - za dużo Avi naraz powoduje niestrawnośc. Totez postaram się pisac tylko jedną notke dziennie, choć Bóg mi świadkiem, ze chciałabym z dziesięc.
Pozdrawiam, moje robaczki. Nie przerażajcie się zbytnio. Ja tak naprawde jestem zabawna i całkiem miła. I jak na razie was lubię.
To duży plus.


komentarze [2]