Kolejna. >> czwartek, 9 listopada 2006 11:24:20
Widzicie, jaka jestem twarda? Przez te kilka dni trzymałam się mocno, żeby nie napisać, żeby nie zawalić was potokiem moich jakże natchnionych słów. Tak, tak, moje kochane robaczki, doszłam do wniosku, że zostane prorokiem. Umiem mówic z równie fanatycznym blaskiem w oczach, jak oni... no, może tylko z nieco wiekszą nutką sarkazmu. Acha, no i przecież jestem ateistką. To wprowadza pewną trudnośc, którą jednak z pewnościa pokonam, bo przecież...
Nie, nie, nie będę wyspiewywać peanów na moją własną, wspaniałą cześć. Z moją cześcią wszystko w porządku, chowa sie gdzieś tam wewnątrz mnie i tylko czeka, aż ją stracę.
Chociaż... może to cnota? Cholera wie. Ona tez czeka.
Wyszłam wczoraj z domu. Jestem twarda, jestem silna, poszłam do szkoły muzycznej na orkiestrę. Własciwie to nie powinnam była isć, zwolnienie mam do piątku, ale już nie chcę opuszczać zajęć, za dużo mam nieobecności... A prawda jest taka, że się z Matołkiem chciałam zobaczyć. No, dzisiaj własciwie nasz związek został oficjalnie uznany. Do tej pory śmieje sie wewnętrznie z tych zdziwionych spojrzeń, kiedy przedefilowalismy za rączkę poprzez salę koncertową. Niemalże słyszałam myśli wszystkich obserwatorów: "To ONI są RAZEM?!"
Niemalże słyszałam trzaski łamanych serce... no dobra, żartowałam. Moze tam jeden trzask.
Uwielbiam wzbudzać sensację. Naprawdę, kocham być w świetle reflektorów. Tak, panie WOjwódzki, mam parcie na szkło. I nie wstydzę sie tego.
Tak czy inaczej dzisiaj tez ide do muzyka na zajęcia, kompletnie nieprzygotowana, no bo jak miałam się przygotowac, lezać niemal nieprzytomna w gorączce, przez półtora tygodnia. Półtora? Czy półtorej? Czy jest na sali polonista?
Gdyby nie to, że znów zobaczę się z Matołkiem, to bym nie szła. Nie mam pojecia, co zrobił ze mną ten człowiek. Naprawdę, dzień w dzień o nim myślę, noc w noc o nim śnię, i nie moinie 10 min ut od rozstania, a ja juz nie moge się doczekac następnego. Najchętniej w ogóle bym się z nim nie rozstawała. Porwe go, wsadzę do klatki i powiesze nad łóżkiem. W klatce, zeby moja cnota jeszcze trochę pozyła.
Zaraz może zrobić się łzawo i ckliwie. Przepraszam. Nie moja wina, że mi serce podskakuje jak zjarany zając. Staram, sie nie zmianiac w słodkie i zakochane stwprzonko, które będzie nic tylko wzdychać i mówić: Ach, jaki on jest wspaniały, ach nie mogę bez niego żyć, ach, tesknię za toba, moje ty kochanie...
Łe. Mdłości biora, jak się czyta, nie?
Poważnie się obawiam, że ze mną może stać się dokłądnie to samo. Nie chodzi mi o to, ze dostane mdłości, tylko że będę je powodować. Ale nie jestem w stanie tego zmienić. To się już stało. Jakiś człowiek Na Górze pstryknął palcami, i oto okazało się, że ja. w miare zdrowa psychiocznie, dorodna siedemnastolatka z jakimś tam rozumem jestem uzależniona od wysokiego, boskiego, niebieskookiego blondyna.
Phi. To takie banalne. Wstyd mi za samą siebie.
Wyobraxcie sobie, moi drodzi, ci którzy jeszcze nie odwrócili się ze wstrętem od monitora, wymiotując kulturalnie do kubełka, że dizsiaj obudziłam się od 3 w nocy. Cicho, bez żadnych komentarzy typu: Niemożliwe!, to nie koniec.
A więc obudziłam się, spojrzałam na komórkę i pomyślałam... a co tam, obudze go. I puściłam sygnałka.
Nie minęła minuta, jak dostałam smsa - widzę, kochanie, że myślimy o tym samym.
A ja szok. Bylam pewna, ze nie odpiszę, nie odpuści, tylko najwyżej rano coś tam. A tu, jak się okazało, on obudził się o tej samej godzinie co ja, pomyślał o mnie wtedy, kiedy ja o nim i zamierzał puscić sygnałka, tylko ja go ubiegłam.
Szok.
Nigdy nie sądziłąm że przyjdzie dzien, kiedy coś takiego mi się zdarzy.
Wielki szok.
Nigdy nie sądziłam, że opisując to bedę tak samo łzawa i obnrzydliwie ckliwa jak stado różowych trzynastek z takim zapałem okupujących internet.
Rozczarowałam się sobą. Gdybym, miała w domuy odpowiedni sznur, powiesiłabym się. Chyba. Nie mam sznura, więc tego nie sprawdze, bo wieszanie się na pasku jest takie... passe.
Z zabawniejszych spraw, bo nawet ci najodporniejsi mogą nie wytrzymac tej notki i skonczyć jako cukrzycy, to może przedstawię dialog mój i mojej mamy, podczas ogladania jakiegoś tam filmu o starym małżeństwie, które usiłuje pokochać się na nowo.

MAM: Bo ja nie rozumiem, co takiego cudownego jest w kolacji z mężem!
AIV: No wiesz, darmowe żarcie...
MAM: Ale ty powierzchowna jesteś, wiesz? Jak bajoro.
AIV: Ta... jak kałuża pod blokiem.
MAM: Idź się utop.

Co do mojej Matki, to jest to bardzo zabawna osoba. Wczoraj jeszcze zawołała wkurzona do mojego brata:

MAM: F. do jasnej cholery! Zdecyduj się, albo nauka, albo telewizor!

A Brat jeszcze na to:

BRAT: Kurde, ciezko wybrać...

Też bym chciała takie multimatum.

Cóż jeszcze ze spraw ciekawych... Mój pies ma urojoną ciążę. Chodzi tam i spowrotem z moim szczurem, Tobrukiem, w zębach, piszczy i rośnie jej brzuch. A nie jest w ciąży na pewno, bo nie miał jej kto zapłodnić. Jak się wkurzę, to też zacznę sobie urajac jakies ciążę.
Tylko co wtedy mój kochany Matołek na to powie? No, może się zdziwić...
Ogladnęłam sobie w poniedziałek całego Władcę Pierscieni, od 1 do 3 części, i doszłam do wniosku, że III Era Śródziemia była Era wynalazków - Saruman wynalazł dynamit, Legolaz snowboard, a Frodo i Sam miłosć gejowską.
A jesli nie wynaleźli, to przynajmniej po raz mpierwszy pokazali ja publicznie. (Ach, ten pocałunek w ostatniej scenie! W czoło! Zbereźnicy!)
Jakos krótko dzisiaj. Nie wiem, nie mam weny zapewne. Zdumiewające - ja, która nigdy nie zapomina jezyka w gebie i palców u dłoni, dziś nie ma weny. Może dlateo, ze co chwilkę musze wstawac i otwierac drzwi. Po raz pierwszy listonoszowi. Po raz drugi Quasimodo, a po raz trzeci pani R. żeby jej pomóc wniesc zakupy na 3 piętro. Pani R. jest przkeochaną starszą pania, i pomóc jej z zakupami to dla człowieka czysta przyjemność. Listonosz, no cóż, obowiazek swój spełnic musi.
Ale przekleta Quasimodo...
Quasimodo to nasza dozorczyni. Pani, która niestety,wygląda jak potwór, dodatkowo ma paskudny charakter. Wredna, wscibska, wszedzi musi wsadzić ten długi nochal, obgaduje kazdego z aplecami, taka stara plotkara... brrr, nie cierpię jej.
I za kazdym razem, jak ktos z nas jest sam w domu, puka natretnie, i usiłujac wleźć dalej niż do przedpokoju wypytuje o sąsiadów.
Potwór.
Naturalnie nie wpuszczam jej, tlyko uchylam drzwi, standartowo mówię, ze rodziców nie ma w domu, i zamykam.
No, i dlatego chodzi plota po osiedlu, ze jestem niewychowana.
Dobrze, konczę. Nie jest dziś długo. Ot tak, w sam raz.
Wieczorem widze sie z Matołkiem, ale zanim do tego dojdzie, mam 2 godziny zajęc. Potworność, zwłaszcza historia muzyki, która w tym roku jest wyjątkowo nudna.
Tak więc... do zobaczenia, moi mili czytelnicy. Możecie skomentować. Nie bójcie sie tego. Wciąż was jeszcze lubie. I nie jestem złosliwa dla was. Nikogo jeszcze nie wepchnęłam za szafę, tak jak to pamiętne mięso sprzed parunastu lat.

Mordor padł, Gondor powstał. LotR, myślicie?
Gówno prawda.
Powerade.

Pozdrawiam, Avi.
komentarze [1]

Next >> niedziela, 5 listopada 2006 16:03:31
Kolejna notka. Wytrwałam w postanowieniu, nie dodałam nic wczoraj, totez bilans powrócił do normy. Doszłam ostatnio do wniosku, że im rzadziej będe dawać notki, tym więcej będzie komentarzy.
Nie, żeby mi w jakikolwiek sposób na tym zależało. To tylko takie drobne przemyślenia. I tak bede dużo pisać, bo taka moja natura. Moje palce dostają nerwowych drgawek, jesli znajdują się daleko od klawiatury.
Własnie zezarłam kolejną część obrzydliwego zestawu leków. Lek ten ma wdzieczna nazwe "robaczki". Geneza jest prosta - kiedy byłam mała, mama nie potrafiła wyjasnić mi, że podczas zazywania antybiotyku musze przyjmowac też zywe kultury bakterii. Dla mnie "żywe kultury bakterii" były jakimś dzikim absurdem, bo trzyletnia Avi lotnym umysłem sie nie odznaczała. Po wielu godzinach ciężkich tłumaczen matka doszła do wniosku, ze mój zaczynający się juz lekko smazyć, mały mózg nie pojmie takich skomplikowanych słów, więc stwierdziła, ze musze połykac robaki żeby mi zjadły chorobe od środka.
O dziwo, robaki zrozumiałam doskonale i zaczełam je zazywac nawet z pewna doza przyjemności.
I tak powstały "Robaczki". Dla tych chętnych do blizszego zapoznania się z owymi żyjatkami polecam Lackcid - tylko na receptę.
Oglądałam w piątek "Ostatniego smauraja" na przemian z "Tanczącym z wilkami". Cóż, pierwsza pozycję znam dość dobrze, bo kiedy jeszcze mój Ojciec przebywał w tym kraju, miałam taki wspaniały wynalazek telewizyjny jak HBO. Obecnie nie mam, bo jak Ojciec poszedł won, to nikomu się za to nie chce płacic. Właściwie on tez nie chciał płacić, bo nie miał z czego.
Dlatego w koncu nam odcięli.
Totez skazana zostałam na TVN, który byłby całkiem niezły, gdyby nie reklamy trwające dłużej od filmu. Człowiek popełni tam seppuku szybciej niż bohater filmu.
"Ostatni Samuraj" jest pieknym filmem. Plus za słabo rozwiniety watek miłosny, bez zadnych hollywoodzkich lizań, oraz za muzykę. Za Toma zreszta tez. I za pomysł. I za Katsumoto. I w ogóle za cały film.
Tak, jestem bardzo zdecydowana.
Z kolei "Tanczacy z wilkami" o wiele bardziej urzekł mnie jako książka. Co prawda Kevin gra dobrze - a ja go dodatkowo uwielbiam za "Postmana" - jednak nie ma tam tego "czegoś" co by porywało mi sprawiało, ze film ogląda się z zapartym tchem. A ksiazka to miała.
Ale dosyć juz o filmach i książkach. Nie przyszliście przecież tutaj czytac o cudzych dziełach. Przyszliście zapewne zagłębić sie w tajniki mego prywatnego życia, z ogromnym zainteresowaniem czekając na jakies szokujące wyznanie typu - mój facet jest gejem i dlatego go kocham! albo Jestem transwestytą!
Tak. Jasne. Na dodatek mam trzy rtece, z tyłu zwisa mi mały, różowy ogon, a kiedy w moim towarzystwie ktoś kichnie zaczynam mrugać lewym okiem. Taki tik nerwowy.
W tych czasach wszyscy gonia za sensacją. Teraz nie wystarczy napisac - zakochałam się. Poznałam go, potykając się na przystanku. Złapał mnie za ramię, spojrzałam w jego błękitne oczy i przepadłam. On tez mnie kocha!
Przecież to nudne. Zwykła miłość... Teraz to lepiej napisać - Zakochałam się! Poznałam go, gdy włamał się do mojego domu, okradł moja rodzine, kopnał psa, zniszczył mebloscianke i porwał mnie w ramach seksualnej zabawki. Przez niecąły miesiąc więził mnie na opuszczonej farmie daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. Gwałcił mnie, zabijał wielu ludzi, okradał, bluźnił i był zły. Ale ja odkryłam jego wewnetrzne dobro! (i tak dalej w ten deseń...)
No cóż, nieprawdziwe... Ale jakież satysfakcjonujace. Taki tekst człowiek przeczyta z rozgoraczkowanym wzrokiem. I nie będzie mu przeszkadzać, że to kłamstwo.
Jak to ktoś kiedyś napisał... "Jeśli napisze, że w południe piekna blondynka Kate ucałowała swego maltańczyka i patrząc przez okno na ocean strzeliła sobie rewolwerem w serce, nikogo nie bedzie obchodziło, że to była północ, dziewczyna miała ciemne włosy i imię Cassidy, pies był owczarkiem, a okno wychodziło na góry. Liczy się dramatyzm, nie prawda"
Ale niestety, moi drodzy czytelnicy... gdzies tam we mnie siedzi taki mały diabeł, i to wcale nie jest ten wirus, co mnei tak od tygodnia toczy. Chodzi mi o innego diabła, który szepcze mi do ucha małe paskudne słowa, ze może jednak wy tutaj nie przychodzicie w pogoni za sensacją. Moze przychodzicie tutaj po prostu po to, zeby poczytać, co wypociłam, zajmując sie przemysleniami wszelakiej natury. Moje te moje wypociny sa jednak trochę sensacyjne?
Duszy awanturnika i wiecznego szaleńca raczej nie zaspokoję (sama taka jestem, więc wiem) ale jakiegoś miłego flegmatyka niektóre moje opowieści moga nieco rozruszać. Nie sądzicie?
Nie żebym uważała was wszystkich za flegmatyków. Skad. Jak na razie wciaż was lubię. Jeszcze nikt mi się nie naraził. Dziwne. Zazwyczaj często znajduje swoje ofiary...
Czytałam dzisiaj kodeks cywilny. Znalazłam w necie. Bardzo ciekawy. Jednym z ciekawszych artykułów jest:

Art. 461. Z chwilą urodzenia dziecko może żądać naprawienia szkód doznanych przed urodzeniem.

Jak widac także i kodeks cywilny może byc niezłą rozrywką.
Koncze, moi drodzy czytelnicy. Z kuchni dociera do mnie samokowita won obiadu - pierwszego ludzkiego posiłku, który moge zjesc, od tygodnia. Cholera, niedługo odzyskam te moje 5 kilo które straciłam w chorobie. Tak, wiem, nie jestem gruba.
Ale skoro już schudłam... To głupio tak znów przytyc.
Chociaż moje mężczyzna (rodzaj specjalnie zmodyfikowany) mnie chce taką jaką jestem. Nie powiem "kocha".
Za duże słowo. Raz się na tym słowie ścięłam - co więcej, wyleciało z moich ust.
Hominis est errare. No fakt. ale ja nie lubie popełniać po raz kolejny tego samego błędu.
Ide jeść. Idę tyć. Idę się uchachać.

One for all. All for one.
And all for me, per favore?

Muszkieterowie wiecznie żywi. Jeden tkwi we mnie. Mam nadzieję, ze Aramis.
Chociaz został ksiedzem.

komentarze [3]

Nie mogam się powstrzymać >> piątek, 3 listopada 2006 16:20:34
Ja tak krótko o tekscie KaśKas, mojego drugiego ja. Wiem, wiem, miałam już dzisiaj nie dawac notki, kajam sie przed wami i na twarz padam, ale naprawde się powstrzymac nie mogłam.

A wiec:



Ola - Ja wychodze na chwilę, ale wróce. Jak chcecie, to mozecie sobie pograć, bo zostawiąłm tam skrzypce.
Kaś - No patrz, aj tez wczesniej wyjde, też zostawiłam skrzypce u koleżanki.
Ola - Ale przecież ty nie masz skrzypiec!
Kaś - Faktycznie. A co tma, głupie szczegóły...


I trzeba było widzieć, ajk Kaś w dobrej wierze i z radoscią na ustach produkuje tego nonsensa.

Pozdrawiam - Avi. To była tylko mała wstawka humorystyczne. Bron Boże, nie stanie się regułą.

I czy jakis wierny fan mógłby mi uprzejmie powiedziec, jak do cholery zmienic kolor czcionki na blogu?! *w hołdzie Indi ;*>
komentarze [1]

Druga notka >> piątek, 3 listopada 2006 11:56:02
No i znów piszę. Właśnie wróciłam od lekarza. Wygrzebałam się z płaszcza, odwinełam z szalika i zasiadłam, pełna względnej radości przed klawiaturą aby uszczęśliwic was moją wesołą twórczością.
Pełna względnej radości gdyż jak się okazało, nie mam mononukleozy, a "jedynie" anginę ropną. Jednakze oznacza to, że
a. bedę leżeć w domu na tyłku jeszcze co najmniej tydzień
b. mój mężczyzna, który mimo wszystko mnie całował, twierdząc, że nie obchodzi go mononukleoza, prawdopodobnie wnjabliższym czasei padnie, złożony anginą.
Bywa. Chyba nawet bede mu trochę współczuć. W koncu to moja wina. Na swoją obrone mam tyle, ze to on pchał sie z jęzorem, nie ja. A ma chłopak dobry zasys, to pewnie przez tę trabkę. Wszystkie instrumenty dęte dobrze całują.
Tak więc jestem chora, niewyżyta, skacza wokół mnie jak wokół królowej na łożu agonalnym. Wszystko byłoby cacy. Mamusia kupuje przepyszne produkty spożywcze, które potem babcia zamienia na arcydzieła. No, ale mamy jeden problem - nie jestem w stanie nic przełknać. Moje gardło i okolice to jedna, wielka, zaropiała rana. Z trudem przełykam własną ślinę. Lece na mleku i jogurtach.
A mogłabym jeść ambrozję i nektar pic, to nie. Ach, złośliwość chorób martwych.
Tak w ogóle widze, ze na razie pisze li i jedynie o swoich nedznych cierpieniach. Tak - według niektórych wszystko kreci się wokół słońca, według innych wokół ziemi... a dla mnie kręci sie wokół mojej własnej osoby. To jak to będzie? Homocentryzm? Bo skoro jest i helio i geocentryzm, to ja nie chce byc gorsza.
Przerażeniem napawa mnie fakt, że nie pójde jutro na kursy amturalne, z aktóre zapłąciłam grube pieniądze. Oj, matura i choroba to złe połączenie. Tak samo jak miłość i choroba. Naprawde, w tym jednym wypadku ja naprawde chcę się uczyć (powtórzyłam słowo "naprawdę". Co za wstyd. Ja, dość wykształcona, humanistyczna dusza, robie takie nedzne błedy). Ja lubię historię.
Tak, wiem, c zaraz odkrzyknie jakiś czytelnik siedzacy przed ekranem i wpatrujący się z ciekawością na ten mój słowotok. Zawoła - historia? Pogięło cię?
Owszem, pogięło. Już dawno. Potem troche wygieło, pocieło, pospawało... i wyszedł ze mnie historyk jak się patrzy.
Niech nie śmieja się ci, co chodza ze mną do klasy - pani A. i historia to dwie różne sprawy. Nie należy ich mieszać.
Jestem głodna. To taki paradoks - mam mnóstwo jedzenia, a nie mogę go zjesć. Prawie jak w reymontowskich "Chłopach". Jetsem prawie jak Kuba.
Prawie robi wielką różnice.
No fakt, mi nikt nogi nie przestrzelił. Nie byłam powstańcem styczniowym i nie polowałam w cudzym lesie na jelenie.
Ale czy szczegóły są wazne? Przecież liczy sie idea.
Tutaj wspomne, zę zawsze najgroxniejszymi i najbardziej szalonymi mordercami byli ci, którzy zabijali dla idei. Mogę zrozumiec - przez przypadek. Moge zrozumiec - w obronie własnej. Moge nawet zrozumiec - na zlecenie, dla zysku.
Ale za choleę nie moge zrozumiec morderstwa dla idei.
Tak, tak, moi drodzy czytelnicy. Reprezentuję nader dziwne poglądy, nie bardzo pasujace do młodej, w miare normalnej nastolatki, której tylko czasem odwala.
Pozdrowienia dla Niki - nasza godzina w bufecie na religii naszym uswięconym rytuałem.
Ale wbrew pozorom, ja czasem myslę. A jak już nie mam co robic, to nawet myslę powaznie. I dochodze do wielu, czesto zaskakujących wniosków.
Koniec na razie. Ja mogłabym psiac bez końca. Tak samo jak gadać. Ale mam tez na uwadze wasze dobro - za dużo Avi naraz powoduje niestrawnośc. Totez postaram się pisac tylko jedną notke dziennie, choć Bóg mi świadkiem, ze chciałabym z dziesięc.
Pozdrawiam, moje robaczki. Nie przerażajcie się zbytnio. Ja tak naprawde jestem zabawna i całkiem miła. I jak na razie was lubię.
To duży plus.


komentarze [2]

Witajcie. >> czwartek, 2 listopada 2006 10:25:13
Nadmiernie rozpisałam sie w dziale O Mnie. Bywa. Tutaj też pewnie bedę się nadmiernie rozpisywać. Z racji tego, ze obecnie mam mononukleozę, nie mam co robić - toteż powstał ten blog.
Miałam kiedyś bloga - dawno, dawno. Był lubiany. Odwiedzany. Był na serwerze blog.pl.
Niedobry blog.pl usunął mi go bez żadnego powodu.
Avi sie wkurzyła i uznała, ze więcej bloga prowadzić nie będzie.
Ale teraz mam tyle czasu, że szlag może człowieka trafić, toteż z czystym sumieniem powracam do tego dawno nie uprawianego sportu z nadzieją, ze szybko odzyskam formę.
Właściwie to nie wiem, co tu będzie. Bywam złośliwa. Nie zawsze. Ale jak znajdę gdzieś w necie opowiadanie, które mnie dobije, to bede bardzo złośliwa i zanalizuje. Ale ten blog nie bedzie z analizami.
Jak najdzie mnie ochota, żeby podzielic się swoimi opowiadaniami, to zamieszczę. tak, wiem, krytyka i te sprawy. Z cięzkim sercem musze się na to zgodzić. Ale to nie będzie blog opowiadaniami.
Będe tutaj tez pisac to, co slina mi na jezyk, a palce na klawiaturę przyniosą. Tak, bedize troche osobistych wynurzeń. Bedzie łzawo. Ale tylko czasami.
Będzie tez ironicznie. Lubię ironię. Lubię też lody waniliowe. Lubię koty i skarpetki w kwiatki. Wiele rzeczy lubię. Was też moge polubic, drodzy czytelnicy, jesli tylko mi na to pozwolicie.
Nie wymagam od was komentarzy. Owszem, człowiekowi miło, jak ktos wyrazi swoją opinię i da znak, że był. Ale nie jest to dla mnie sensem życia.
Ludzi, którzy wpisza się - Czesc, wpadnij do mnie! albo Chcesz miec ocenionego bloga? albo Zagłosuj na mnie tutaj! - ewidentnie nie polubię. A jak ja kogoś nie lubię, to jestem niemiła.
Jak miałam 4 lata, nie lubiłam mięsa. Dlatego krajałam je ostrym nożem na malutkie kawałeczki i z wsciekłością upychałam na siłę za szafą, zostawiając je tam, aby zgniło.
Teraz już lubię mięso. Ale moge nie lubic wielu innych rzeczy, a subtelności i metody działania mogą czasem okazać się takie, jak 14 lat temu.
Mój Boże, znów sie rozpisałam. Bywa. Na poczatek może być. Pozdrawiam was, kimkolwiek byście nie byli. Właściwie watpie, zeby ktoś tutaj wszedł w najblizszym czasie. Ale każdemu za to dziekuję. W ramach podziękowań napiszę czasem coś smiesznego, zebyście mogli z czystym sumieniem powiedziec - mozna się posmiac na blogu Aivilo.
Dla przyjaciół - Avi.

Pozdrawiam
komentarze [6]