I znów słowa. >> piątek, 19 stycznia 2007 13:34:27
Własnie przeklęty Mylog skasował mi notke, którą miałam prawie na ukończeniu.
Zaraz mnie szlag trafi i wybije wszystkich, co do jednego. O patrzcie, już chwytam kałacha.
AAARGH!!!!!
Musze się wyżyć.
A była piekna. Choć trochę melancholijna i mało zabawna. Tak, przyzwyczailiście się, moi kochani Cyztelnicy, do tego, ze z moich notek humor tryska jak krew z przeciętej tetnicy. A dzisiaj lipa.
Tematem przewodnim notki było hasło: Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wielką rolę w waszym życiu pełni prypadek?
Na temat główny zdania były dwa. To pytanie i stwierdzenie, ze ja tak.
A potem, przez tę piekną, przeklęta muzyke, której właśnie słucham i nie wiem, co to jest, wzięło mnie na smutne, rozpaczliwie zwierzenia pełne nadziei i marzeń.
Muzyka... cholera, znalazłam ją na pewnym ciekawym blogu... Cały czas teraz na tym blogu siedzę przez te muzykę. Adres - www.piratka-valerine.mylog.pl
Blog siedzi w tematyce Piratów z Karaibów i bedzie tam opowiadanie o tym. Srednio lubię te rzeczy, mam tlyko jedno takie opowiadanie, które czytam z zapartym tchem (Anastazjo! Dodaj kolejną część!). Ale muzyka cudna. To jakiś soundtrack, tytuł "My name is Lincoln".
Zastanawiajcie się teraz, moi drodzy, czy choci o starego, dobrego Abrahama, czy o samochód?
Sa jeszcze jakies Lincolny na tym świecie?
Widzicie, moi drodzy. przez tę piękna muzykę nachodzi mnie chęć do rzucenia tego wszystkeigo w diabły. Ja marzę, marzę, zawsze marzyłam o dokonaniu Czegoś! Przez duże "C" i z wielkim wykrzyknikiem na końcu. Zawsze chciałam coś odkryć, a teraz niestety, już wszystko jest odkryte. Nawet to moje cudowne, upragnione, niedostępne Czogori, piękne K2 w zimie zostało już zdobyte. Co teraz będzie wyznacznikiem niedostepnosci?
Kiedy Czogori było jeszcze niezdobyte, miałam takie głupie marzenia, ze to ja je kiedyś zdobędę.
A teraz?
Nie mam już czego odkrywać.
No, zostało tego troszke, ale głównie o naturze naukowej, A jakoś nie czuję w sobie powołania do wynalezienia samochodu na wodę. Mam dziwne i bardzo nieprzyjemne przeczucie, ze do tego potrzebna jest chocby minimalna wiedza fizyczna.
Moja wiedza fizyczna ogranicza się do: Praca równa się Siła razy Przesunięcie.
Tyle na ten temat. Fizyki juz nie mam, i Bogu dzięki, mieć wiecej nie będę.
Widzicie, takie jest to moje szalone, prawie osiemnastoletnie zycie. Przeklinam czasem los, dlaczego urodziłąm się w tych głupich, wiadomych czasach. Dlaczego nie mogłam się urodzić podczas Wielkich Odkryć? Razem z Kolumbem płynąc do cholernej Ameryki, w cholernym roku panskim Anno Domini 1492.
Z drugiej strony, w tamtych czasach w moim statecznym, niemal dojrzałym wieku byłabym cnotliwą małżonką z gromadą dzieciaków.
Nie chcę, nie chcę, nie chcę mieć takiego zycia jak wszyscy, którzy mnie otaczają.
To normalne - wszystko idzie swoim torem. Szkoła, studia, praca, mąż, dzieci, wnuki, starość, wspomnienia, śmierc.
A po śmierci pamięta o mnie tylko moja rodzina. Nikt inny nie wie, ze kiedyś zyłam na świecie, chodziłam, smiałam się, płakałam, przeżywałam radoście i dramaty. Bedę tylko niewiadomym nagrobkiem, nieznanym "Olivia D. Pokój niech będzie na wieki".
Przypadkowy przechodzień na cmentarzu zerknie i pójdzie dalej.
Taki los najbardziej mnie przeraaża. To, czego się najbardziej boje, to zapomnienie.
Miałam kiedys lekcje z WOSu z praktykantem. Braliśmy wtedy o sprawiedliwości. Jednym podziałem był ten na sprawiedliwość jednostkową i zbiorową. Jednostkowa: Dobro jednostki wazniejsze od dobra ogółu. Zbiorowa: Dobro ogółu ważniejsze od dobra jednostki.
Ja, chyba jako jedyna, uważałam, i dalej uważam, ze wazniejsza jest ta zbiorowa.
Taki prosty, głupi przykład. Leci samolot pełen ludzi. Nagle awaria, jedna osoba musi wyskoczyc, aby, dajmy na to, setka przezyła.
"No, ale gdzie znajdziesz osobę która wyskoczy? Niby kto w tych czasach się poświęci?" Zapytał praktykant z wrednym usmiechem.
"Ja" odpowiedziałam. Nie uwierzył.
Chyba nikt nie wierzy, a ja naprawde bym to zrobiła. Nie wiem, czemu. Ale zrobiłabym. To byłoby naprawde "COŚ".
Potrafiłabym życie poswięcic dla chwili.
Moim największym marzeniem z lat dzieciństwa było, żeby kiedys uczyli się o mnie z książek. Jak o Piłsudskim, Koperniku, Arystotelesie, Kolumbie, nawet o cholernym Neronie czy Stalinie.
Ale co mogę zrobić, aby tak się stało?
Już chyba nic.
Jak byłam mała, mówiłam, zę będę pierwszą w Polsce Panią Prezydent.
Dalej to powtarzam. Nie Prezydentową, a Prezydent.
No, wtedy jakos zapisałabym się w kartach historii.
Ja pragne, żeby Polska była takim mocarstwem jak kilkaset lat temu, gdy byliśmy prawie od morza do morza, bylismy potężni!
Zazdrosna Rosja, cholerne Prusy i fałszywi Austriacy musieli nas rozwalić.
Teraz nikt się z nami nie liczy.
A ja jestem patriotką. Cholerną patriotką. Za kraj moge zginąć.
Ale teraz nie ma już wojen, nie ma jak walczyć, nawet jeśli jest o co.
Zresztą i tak by mnie nie przyjęli do wojska.
Dziwnie się tu zrobiło, prawda? Nie jesteście przywyczajeni do takich notek. Chcieliście jak zwykle zasiąść za komputerem i pochichotac kulturalnie wraz z kazdym moim zdaniem, ja to zwykle bywa. A ja wam zafundowałam nieco trudniejszą rozrywke.
Źle się czyta o czyichś smutkach. W każdym razie mi sie źle czyta, nie wiem, jak wam. O wiele lepiej czytać o radościach, cieszyc się, smiać, bawić, choć na chwilę zapomniec o otaczającej nas szarosci.
Wiecie, mam łzy w oczach.
Dziwne. Z reguły nie płaczę. Ale, widzicie, naszła mnie taka myśl, że jestem bezsilna wobec świata. A to cholernie boli.
Nie, nie, nie. Koniec, bo was najdzie depresja.
Nie bójcie się, ja nie jestem smutna. Nie martwcie się o mnie. Uśmiechem się teraz. Łzy w oczach, na ustach usmiech a w sercu dzika nadzieja. Przez chwile było źle ale będzie dobrze, prawda?
Prawda...?
Musze wierzyć, ze się uda. I musze napisac wam coś zabawnego, bo zaraz mnie ubijecie i już nie bedzie notek. Żadnych.
Wiecie, tak sobie myślę, że ja nie apsuje do tego swiata. Ja bym chciała sobie przez dzikie pola, góry i dolina jechac konno, co jakis czas przystawac, walczyc mieczem (i słowem, jak by się zdarzyło) o Honor i Ojczyzne.
Honor - tego nam wszystkim brakuje. W tych czasach nie jest już tak wazny.
Bóg, Honor, Ojczyzna.
Puste hasło, prawda? Przeżytek, relikt dawnych, rycerskich czasów, gdzie nie było wynalazków, a jednak... było łatwiej.
Trzeba mieć Honor, moi kochani. Honor, Odwagę, Nadzieję.
Wiarę w lepsze jutro.
Kochani, bądźmy współczesnymi rycerzami. Wszyscy. Bez wyjatku.
A moze kiedys znajdziemy swoje białogłowy (albo swoich białogłowów, drogie panie) w imię których będziemy walczyć aż do końca.
Całe zycie to walka. Ale ważne jest, jak się walczy, nie?
Walczmy z Honorem. O to jedno was prosze.
Słowa to tylko słowa.
Tak naprawde niewiele znaczą, ale równoczesnie potrafią zranić.
Bóg, Honor, Ojczyzna - to tez tylko słowa, prawda?
Więc niech staną się Naszym sercem.
Wtedy przestaną byc puste.
komentarze [3]
I znów. >> piątek, 12 stycznia 2007 20:06:00
Chciałam tutaj napisac jakis dłuższy wywód, ale niestety - nadzieje moje spełzły na niczym, gdyż własnie musze sie z komputera zbierać. To takie przykre, że człowiek jest uzależniony od techniki, nieprawdaż, moi kochani czytelnicy?
Jestem własni u Cioci mojej i opiekowałam sie do tej pory jej małą i zachwycającą córka - Majką. Naprawde - jak nie lubię dzieci, tak ten mały szkrab powala mnie na kolana.
W domu siedzieć na komputrze nie mogę, gdyż rodzicielka moja postanowiła zrobic impreze i tak po prawdzie to powinnam sie zmyć.
A po drugie mój komputer został zaatakowany przez coś strasznego i mi pokasowało połowe programów. Przykre.
Co do notki - w tym momencie ciocia moja weszła do domu własnego, więc nie wolno mi gościnności nadużywać - musze zejśc, bo jakże to w obcym domu na komputerze siedzieć.
Tak, tak, wiem, nie siedzi na się na komputerze, tylko przed lub też przy.
Ale prosze, wybaczcie mi taki mały błędzik - wszak nie robię ich dużo.
Tak więc - dzisiaj miałam was zasypać potokiem słów, a niestety, nie zasypię. Mam nadzieję, ze wybaczycie mi te zwoki... to znaczy, chciałam powiedzieć, tę zwłokę. Zwłoki to tu dopiero mogą byc, jak mnie zirytujecie.
Ale na razie wszyscy jestescie mili i kochani, więc mordów, tudzież czynów wszetecznych nie planuję.
Żegnam was, kochani moi, długa, zabawna i całkowicie pokręcona notka
Olaboga!
W tym momencie Ciocia stanęła mi za plecami i powiedziała radośnie, że mogę tu siedziec na komputrze ile tylko dusza zapragnie, bo ja jej kompletnie nie przeszkadzam. Dopytywałam sie wielokrotnie i za każdym razem słyszałam - Nie, nie, siedź sobie, zupełnie mi nie przeszkadzasz.
No to czyż mam na siłe wychodzic?
Skąd.
No i w ten sposób mogę uraczyć was moim słowotokiem.
Czy zastanawialiście się kiedyś nad znaczeniem swoich snów?
Bo ja zawsze sny olewałam, ewentualnie, jeśli były ciekawe, przerabiałam je na opowiadania (tak miedzy innymi powstało Dziecko Wichrów, Tam, gdzie Bogowie mówią dzień dobry, Aizem, i kilka innych).
Ale nigdy nie zastanawiałam się, czy moje sny, to jakiś znak.
A ostatnio ciągle powtarza mi sie jeden motyw. Jest to rzecz względnie wstydliwa, gdyż motyw ten oznacza całowanie się. Całowanie się z kolegą, którego na co dzień raczej btym nie pocałowała, a już na pewno nie zapałała uczuciem. Powtarzają mi się pewne konkretne osoby, których z nazwiska nie wymienie ze względów bezpieczenstwa - niektórzy internet mają i gotowi uznac mnie za seksualną fanatyczkę, przez co oczywiście nie będe mogła pojawiać sie w szkole muzycznej (gdyz tam głównie znajdują sie obiekty moich snów).
Ostatnio nawet pojawił mi się motyw trjkąta - o zgrozo.
W innej sytuacji pomyslałabym, ze jestem po prostu niewyżyta. ale po takim Syl;westrze, jakiego ja miałam, niewyżytość stanowczo nie wchodzi w grę. Oj nie.
Więc co. Podświadome uzależnienie od całowania? Czy może w ten oryginalny sposób ukazana jest moja miłosc do muzyki?
wątpię. I zastanawiam sie, dlaczegóż to ten Pan Na Górze obdarza mnie tak wyrafinowaną nocną rozrywką.
Zresztą, jeśli już tak wlazłam z buciorami w ten senny temat, to moje sny zawsze mnie dziwiły. Mianowicie, miałam w życiu tylko 3 horrory. Jeden był horrorem tradycyjnym, czyli w malowniczej, ponurej, zielono-czerwono-czarnej scenerii gonił mnie ojciec z ociekająca krwią siekiera.
To było takie banalne.
Dwa kolejne horrory były przerażająco prorocze. Niestety, nie opiszę ich tutaj, bo nie chciałabym, aby wasze zapewne śliczne buźki opadły z jękiem, tudzież sennym westchnięciem na klawiaturę. Kiedyś ktoś bardzo mądry zauważył, że nasze sny interesują tylko nas samych. A naszych słuchaczy nie.
Chyba że to sen z serii czerwona koronka, czarna szpilka i różowa landrynka, a słuchacz jest naszym partnerem lub zboczeńcem.
Ale taka refleksja mnie właśnie naszła, ze jak na moje burzliwe i szalone życie, to snię stanowczo za mało horrorów. Trzy na prawie osiemnaście lat - czy to nie potworne?
Z wiadomości bieżących - po czteroipółdniowym milczeniu Ciasteczkarz odezwał się w niedziele wieczorem. Względny sukces, zważywszy na to, ze chłopię moje kochane nie zorientowało sie, iż mogę tkaim milczeniem być trochę... poruszona.
Nie, oczywiście, że nie tęskniłam.
Ale mógł sie odezwać.
Teraz za to Ciasteczkarz sie stara, pisze na gg, pisze smski, puszcza sygnałki - naprawdę się stara. I ja to doceniam.
Tylko, choelra, ta moja sztywność wciąż siedzi mi we łbie.
Robaczki moje kochane, błagam was, napiszcie mi - czy ja naprawdę jestem sztywna?
Sztywna jak... hm. Chciałam tu wstawic porównanie dość moco zahaczające o strefe intymną mężczyzny. Ale tak pomyślałam, zę jeszcze wejdzie tu jakieś młode dziewczę, przeczyta i się zarumieni.
A przecież nie bedziemy marnować rumieńców owego dziewczęcia na takie wręcz anatomicznie naukowe opisy.
Dzisiaj ma być krótko, bo Madzi znowu oczy ze zmeczenia wypadna i bedę zwisać na takich zabawnych sprężynkach. A przecież nikt z was nie chce Madzi aż tak skaleczyć?
Toteż Magduś - specjalnie dla ciebie zakańczam teraz notkę, ale za to następną wrzucę dosć szybko.
Niech to szlag. Za krótkie to na mnie. Źle sie czuję z taką notką. Mam wrażenie, ze jest ona nudna i kompletnie was nie zajmie. W końcu, komu chce się czytać o moich przemyśleniach dotyczących moich snów?
Nawet nie były spowite czerwoną koronka, nie były obute w czarną szpilkę i...
No cóż, nie ssały różowej landrynki.
Czy to było perwersyjne?
Żegnam was, moi drodzy, zapraszam na mojego bloga z opowiadaniami - w chwili obecnej dwie części w tematyce względnie Władcy Pierścieni. Adres w linkach.
Dla leniwych podaję - www.opowiadania-aivilo.mylog.pl
Całuję was w te zaczerwienione ślepka (bo jak siedzicie pół dnia na kompie, to później oczęta wyglądają jak po tygodniu ciężkiego picia. Taka smutna prawda, a potem trzeba wyrzucac majątek na okulary przeciwsłoneczne.
Pozdrawiam.
- It's only a dream.
- It's a good dream.
- Ohh, Arwen, shut up, and come here!
komentarze [2]
Nowy szablon. Życie stare. >> niedziela, 7 stycznia 2007 00:47:26
Dzisiaj krótko, bo właściwie to notka nadzwyczajna. Zainspirowana zostala zmianą szablonu. Robiłam sama. Znaczy grafikę, gdyż na html'u znam się jak growa na garncarstwie, ale html'a zrobiła dla mnie cudowna kobieta, która poznałam przez tak wielki przypadek, ze to zakrawa na absurd. Innymi słowy, Anastazjo - pokłon wielki i uniżony.
Jesli ktos chciałby zobaczyć jej bloga, zapraszam na http://www.caribbean-love.mylog.pl/ . Pisze opowiadanie o tematyce pirackiej. Ciekawe i oryginalne, wiec polecam, chociaż na razie się rozwija.
Mój Boże, jak to brzmi. Jak reklama na tysiącu blogów dla sweet dziewczynek. Naprawdę, jeszcze się tak nie zesweeciłam. Anastazja zasługuje na przeczytanie jej twórczośi, a jak ktoś skomentuje negatywnie to nogi z dupy powyrywam, przysięgam.
Nie mam nastroju do pisania. Piec minut temu miałam nastrój, a teraz nie. Widać wciągnęłam się w film na jedynce. No i pora w sumie póxna, wiec się nie dziwcie.
Tak więc dzisiejsza notke potraktujcie jako notke informacyjna, co zresztą jest też idiotyzmem, bo chyba na tyle slepi, żeby nie zauwazyc nowego szablonu, to nie jesteście?
Acha, gwoli ścisłości, na szablonie jestem ja. Może to próżność. Możecie tak stwierdzić. A ja stwierdzam, że skoro to mój blog i skoro, było nie było, piszę tutaj o sobie, to ewidentnie szablon powinien przedstawiac mnie i tylko mnie.
Z kolei słowa u góry to krótki dialog mój i mojego ojca. Jechaliśmy wtedy w samochodzie i ja wykrzyknełam, poirytowana: Tato! Ale ja nie mam żadnego celu w życiu!
Na to on, z tym swoim półkpiącym usmieszkiem, z tym bhlaskiem żartu w oczach, odrzekł: Celuj w dziesiątke.
Moze tandetne. Może banalne.
Ale to najmądrzejsze słowa, jakie od niego usłyszałam. I sa dla mnie najwazniejsze.
Toteż nie dziwne, ze są mottem przewodnim tego tutaj wyzwalacza myśli, nie?
Pozdrawioam. Nieługo walne cos nowego, zaskakującego, nieprzemyslanego, słowotwórczego i myślotwórczego. Być moze politycznie niepoprawnego.
Niezawodowodowana.
Nie wiesz, co to znaczy?
Ja tez nie.
Ale fajnie brzmi.
komentarze [3]
Powracam. Ale nie z hukiem. Z lekkim trzaskiem. >> środa, 3 stycznia 2007 15:56:05
Witajcie.
Witajcie, witajcie.
Tak więc po dość długiej przerwie, po niemalże dwóch miesiącach zastoju powracam, aby napisac co mi tam pogrywa w głębi duszyczki. Nagabywana całe noce i dnie przez moją słodką, kochaną Kasię G. postanowiłam zrobic jej prezent na Nowy Rok i uszczęśliwić moim wartkim słowotokiem.
W sumie teskniłam za wami, moi drodzy Czytelnicy. Tęskniłam za błogim klekotem klawiatury, w którą uderzałam bez opamiętania, kiedy tylko targał mną jakiś wewnętrzny problem.
Mam trochę tych problemów.
Ze spraw bieżących - nie jestem juz z Matołkiem. Rozstaliśmy się. Dokładniej rzecz biorąc to on rozstał się ze mną. Dosyć perfidnie, w dzień koncertu. Nie dziwne, ze grając byłam nieco rozbita psychicznie, bo - spójrzmy prawdzie w oczy - był to pierwszy facet, do którego naprawdę coś czułam. Nawet nie coś, a Coś. Jedna litera. Duża, czy mała. A to tak wiele zmienia.
Od tego czasu nie mam faceta i źle mi z tym nie jest. Poznaję sobie nowych panów, zaprzyjaźniam się. Ale wszystko w granicach rozsądku.
Mój Boże, kogo ja staram się oszukać. Rozsądek to ostatnia rzecz, jakiej można się doszukac w mym krętym, pełnym zaułków i ślepych uliczek umyśle. Miotam sie i miotam pomiędzy ludźmi, starając się pokazać, jaka to jestem cool, jazzy i trendy.
A tak naprawdę to czasem dochodzę do bardzo irytującego wniosku, że jestem nikim.
Przykre, prawda?
Nikt z nas nie chce byc nikim. Każdy chce być kimś. Wszyscy w latach młodości mają swoje marzenia, swoje nadzieje, swoje cele i ideały. A z biegiem lat to wszystko okazuje się mżonką. Każda młoda dziewczyna marzy o księciu na białym koniu, po czym traci dziewictwo z kolesiem w dyskotekowej toalecie. Faceci marzą o karierze sportowca, a kończą kopiąc smętnie piłkę w osiedlowym klubie i sprzedając marihuanę dzieciakom z podstawówki, tudzież kradnąc radia samochodowe. Dziewczęta chcą miec duzy dom, przystojnego męża, uśmiechnięte, złotowłose bobasy, a lądują w ciasnym mieszkaniu, z wrzeszczącymi bachorami, martwiac sie, co wrzucic do garnka. Ich mężowie dawniej pragnęli pieknych kobiet, szybkich samochodów i wielkich pieniędzy, a pracują po 12 godzin za grosze w zakładzie pracy, po czym wracają do domu zdezelowanym maluchem, patrza na narzekającą i wiecznie niezadowoloną babę noszacą ich nazwisko, i zastanawiają się, gdzie znikneła ta kochana i kochająca dziewczyna z przed lat.
Wszystko mżonki.
Oczywiście, niektórzy sie wybijają. Przeciez otacza nas świat, inny świat pełen świateł, głośny, intensywny. Świat aktorów, muzyków, dziennikarzy, artystów, genialnych naukowców, pisarzy, modelek. Świat, który jest dla nas normalny, który jest dla nas oczywisty, a jednak odległy o całe lata świetlne. Komuś się udało. Jednak komuś moze się udać.
Ale przecież każda z nas kiedyś tam marzyła o tym, zeby być gwiazdą.
Logiczne więc, że niektórym się to udaje.
Powiało grozą, prawda? Powiało beznadziejnością tego świata. To do mnie takie niepodobne - snuć ponure opowieści o realiach, które mimo wszystko kocham. Owszem, chcę się wybić i wybiję sie. Jestem tego pewna, jestem o tym przekonana.
Ale zawsze pozostanę tym małym, kochanym, wrednym Hutasem, chodzacym w wytartych Najkach, smiejącym się z głupich żartów i patrzącym na świat z iskierkami w oczach.
Jak jakies cholerne żarówki. Ciekawe tylko, kiedy się przepalą.
Tak do tematu - wypaliła mi się żarówka w pokoju. I tutaj mam ogromny problem, bo aby znów mnie kulturalnie oświeciło, i żebym nie oślepła na amen, czytając w półmroku, musze wykonać jakże trudna operację wymiany żarówki. Nawet mam dobre żarówki, bo kupowałam ostatnio do dużego pokoju, gdzie jedna lampa jest zepsuta i nawet z żarówkami nie świeci. Ale to jest takie męczące - wstać, przynieść krzesło, wykręcić żarówki z dużego pokoju, zanieśc krzesło do mnie, wykręcić spaloną zarówke, wkrecic nową, zejść z krzesła, zaniesc je do kuchni. I na dodatek na cąły ten czas wyłączyć prąd, żeby mnie czasem nie popieścił.
Chciałabym jeszcze pożyć. Pamietam, jak kiedyś mnie kopnęły światełka na choinkę. Byłam lekko oszołomiona.
Choć z dwojga złego wolę, żeby kopnął mnie prąd, niż zycie.
Ale i tak kopniaki i żartobliwe kuksańce ze strony życia to rzecz nieunikniona, i trzeba się pogodzić.
Zapewne czekacie na relację z Sylwestra, moje kochane Robaczki?
A figa. Nie będzie. Mówiłam już, że to blog z moimi kulturalnymi i jakże oryginalnymi przemysleniami na temat świata doczesnego. A nie sprawozdanie z tego, co robiłam, gdzie byłam i jak bardzo się upiłam.
Nie aż tak bardzo, jaki mogłoby się wydawac, tak gwoli wyjasnienia.
Ale o Sylwestrze nie bedzie. O świętach tez nie. Ani o Nowym Roku.
Mogłoby być o szkole, ale ta Święta Inkwizycją... o, przepraszam. Miało być: Święta Instytucja... Tak czy inaczej, ten przybytek grzechu niesamowicie mnie dzisiaj poirytował. Ja jak debil, pół wczorajszej nocy kułam geografię, aby zdawać na 4, po czym okazało się, że pani, nie bacząc na bliźnich, wpisała już oceny i dała mi jakąś obrzydliwą trójkę.
Nie przeszkadza mi 3 z geografii, bo całe liceum miałam 2. Ale przeszkadza mi, ze zmarnowałam czas, który mogłam poświęcic na sny.
Co do snów - tej nocy sniło mi się, że jadłam pączki z marihuaną.
Nastepnym razem bardzo uprzejmie proszę siły rzadzące nami o mniej sugestywne i kontrowersyjne sny - bo ja sobie cos pomyslę. I upiekę takie pączki.
Skąd, swoją drogą, wezmę tę nieszczęsną marihuanę, nia mam pojecia. Pozrywam jakieś zielsko sprzed domu. Nikt się nie zorientuje, prawda?
Ach, no i jeden problem. Jakim cudem ja, osoba, która potrafi wode przypalić, mogłabym upiec jadalne pączki?
Toż to nimi bedzie można grać w tenisa, albo okna wybijać. Ewentualnie truć wrogów. Oj tak, gdyby ci starożytni władcy mieli mnie an dworze, zaoszczędzili by na tych swoich wszystkich alchemikach. Ja trucizne ze wszystkiego zrobić potrafie.
A potem jest efekt nieswieżej makreli (kto wie, ten zrozumie).
Znowu byłam u fryzjera. To znaczy - znowu jak znowu, po raz pierwszy od roku. Ponad roku, z tego co pamiętam. Włosy wycieniowane, ale broń Boże nie ścięte na długość. Kolor zgłębiony. Grzywa kulturalnie podcięta. Z tą grzywą to są też niezłe zabawy. Dzis wychodząc z domu, mjiałam ją prosta jak drut. Wchodzac do szkoły sterczała mi figlarnie na wszystkie strony, uwydatniajac moje czerwone lica, niebezpiecznie pucołowate po obfitych świętach. Przytyłam, niestety. Chyba powinnam sie odchudzić, ale to baaardzo nie w moim stylu. Ale zacznę robic brzuszki. W końcu do mego balu studniówkowego został miesiac i dwa tygodnie.
Musze zrobić sobie seksowny brzuszek. Co prawda mam już suknie i przyznac się muszę, ze niezwykle mi się ona podoba. Ponadto nie widac w niej brzucha, bo jest sztywno zagorsetowana, wiec moge miec wałki sadła niczym prosie chodowane na szynkę, a i tak nie będzie widać. Ale tutaj chodzi o komfort psychiczny, a to już gorsza sprawa. Nigdy nie byłam mocna w kwestii własnej psychiki. Jest dość chwiejna.
Na dodatek usłyszałam wczoraj od Ciasteczkarza, że jestem sztywna i nie potrafię się wyluzowac. Odrobine mnie to zaskoczyło. Zawsze miałam sie za osobe wyluzowana i pozbawioną wszelkich barier. A tutaj nagle okazuje się, że to była ułuda, a tak naprawde jestem sztywna jak nieboszczyk paralityk.
Toż to potworne!
Teraz będe się tym zadręczać. Jestem sztywna. Sztywniak.
Ciasteczkarzu, jak mogłes tak zachwiac moje poczucie własnej wartości?
Niestety, już ci to zostało wybaczone.
Popatrzcie, moi kochani, jaka ja jestem niestała w uczuciach. Ledwo się na kogoś wkurze, to od razu mu wybaczam. Zero konsekwencji! Zero jakiejkolwiek moralności!
Zero luzu!
Jestem sztywna.
Z tematów ciekawszych niż moje usztywnienie - przepraszam, czy ktoś widział zimę? Ja wiem, kochani, ja wiem, pogoda to bardzo banalny temat do jakiejkolwiek dyskusji, do jakiegokolwiek monologu bynajmniej nie lirycznego. Ale ta pogoda, która mamy za oknem jest tak oryginalna, że pokusze się o malutki komentarz. Chyba tam Na Górze komuś się leciutko w główce przewróciło. Wyobrazam sobie, ze takie ciągłe zmiany pór roku, to moze być meczace, jest ich az cztery, średnio co trzy miesiące się zmieniają, to irytujace i nuzące. Ale mimo wszystko taka była kolej rzeczy od zarania dziejów. Czy naprawde warto teraz rezygnowac z odwiecznej tradycji czterech pór roku i pozostawic na świecie wieczną jesień?
Na świecie jak na świecie. Powiedzmy, zę to tylko w Polsce.
Bardzo proszę to zmienić. Jesli nie pójdzie w strone zimy, to może w drugą strone - w końcu za szesc miesięcy spotyka mnie wątpliwy zaszczyt wkroczenia w stan pełnoletności. Bede mogła wtedy pić, palić i przeklinać.
Oczywiscie nie znaczy to, zę będe tak robić. Palic na pewno nie. Przeklinać też nie.
Co do picia... tylko Finlandię grejpfrutową. Tylko okazjonalnie.
Wracając do mojego stanu pełnoletnosci i pełnej odpowiedzialnosci karnej - dążę do tego, zę w dzień moich osiemnastych urodzin, a przypadkiem też zapewne w dzien mojej matury z języka włoskiego, pragnęłabym na niebie cos innego niz cięzkie, ołowiane chmury.
Naprawdę nie wymagam za wiele. I zauwazcie, ze mówię to z odpowiednim wyprzedzeniem - do 28 maja jest jeszcze masa czasu!
Popatrzcie, ledwo człowiek dorwał się do tego pisania, to palce nie chca mu sie od tej klawiatury oderwać. Siedzę i pisze. Piszę, co mi slina na język przyniesie. Piszę być moze bzdury wierutne - przepraszam. Ale sam Internet to wierutna bzdura, tak wiec chciałabym nie odstawac za bardzo, jeśli można.
Ok, kończę. Kończe, kończę, przysięgam. Widzicie? Dzis nie było mdło i słodko. Za to odrobine melancholijnie. Chyba zaczełam dorastać, wiecie?
Ale ja nie chce. Mam jeszcze 6 miesięcy. 6 cudownych miesięcy bycia dzieckiem.
Cholera, nie odbierajcie mi tego.
Pozdrawiam was serdecznie, wierni Czytelnicy, a raczej tych, którzy dotrwali do końca w jednym kawałku. Wbrew pozorom, nastepny raz będzie. I nawet nie mówię - żegnajcie.
Tym razem - do zobaczenia.
Wolność oznacza prawo do twierdzenia że dwa i dwa to cztery - napisał Orwell.
Ok. Ale problem polega na tym, że czasem brakuje mi nawet tych dwóch.
komentarze [6]